Ostatki, czyli czas pożegnań.

No i czas wracać. Nie znoszę pożegnań, znacznie bardziej lubię powitania, chwilę poznania. Kursor miga mi na pustej stronie, a w głowie: setki myśli, obrazów, chwil. Co z tego wybrać?

 

Najpierw: co mi dał ten wyjazd? Dystans do problemów dnia codziennego i odnowiona (na szczęście nie świeżo uzyskana) wiara w ludzi, to chyba najważniejsze efekty. Nie mam wątpliwości, że warto dać z siebie coś innym, bo to wcale nie jest bezinteresowne, to wraca, w postaci uśmiechów, nadziei w oczach, drobnych gestów niesamowicie budujących człowieka, sprawiających, że czuje się naprawdę potrzebny. Taki zdrowy egoizm:)

 

Dalej: ludzie, bo to od nich wszystko zależy: niezwykli. Zaangażowani, pełni pasji – oczywiście, chciałoby się, żeby ich praca była niepotrzebna, ale póki co – jest i pewnie długoooo jeszcze będzie, więc tylko ich podziwiać. Dla mnie to był moment w życiu, może kolejny, na pewno ważny, ale dla nich pomaganie uchodźcom z Syrii czy Iraku, to codzienność, rzeczywistość. To nie jest łatwe, trzeba się przyzwyczaić, trochę uodpornić na lawinę ludzkiego nieszczęścia, a jednocześnie – nie stracić wrażliwości, która jest tak potrzebna w kontakcie z drugim człowiekiem, w konfrontacji z jego historią. To cała ekipa Caritasu tutejszego:

 

 

 

 

 

Dzieciaki: mądre, fantastyczne, pomocne: choć przecież przeszły już tyle, w tak krótkim jeszcze życiu. Mają fatalny start w dorosłość, ale jeszcze tyle lat do wyrwania się z zaklętego kręgu przemocy i nienawiści, w którym – nie z własnej wszak winy – się znalazły. Silne: nie wiem do dziś, kto od kogo więcej czerpał – ja od nich, czy one ode mnie. No i pozwoliły mi uwierzyć, że posiadanie “własnego”szkraba to może być Coś!

 

 
 

Życzę im z całego serca, żeby nie zatraciły tej swojej radości, chęci życia.

I żeby spełniły się ich marzenia: o byciu piłkarzem, o sukcesie, o powrocie do Syrii. Każde oddzielnie i wszystkie razem.

Nauczyciele, a właściwie nauczycielki: cierpliwe, wyrozumiałe, również dla mnie i mojej nieznajomości języka arabskiego, to trzeba docenić, bo naprawdę nieraz zamiast uczyć – pomagały mi tłumaczyć zawiłości tego nieznanego świata. Wielka sprawa!

 

I wreszcie: niezrównany, pomocny, zawsze skory do żartów – Abuna Elie, mój gospodarz. Wielka postać: takich kapłanów życzyłbym każdej religii. Palestyńczyk z izraelskim paszportem, dla którego nie ma nic strasznego, a żaden problem nie jest nie do rozwiązania. Pozytywna energia w czystej postaci:)

 

To oczywiście tylko kilku z wielu, wielu bohaterów mojej codzienności. Nie mógłbym też zapomnieć o Rafale Chibowskim, drugim wolontariuszu z Mafraq, który zostaje tu jeszcze przez dwa tygodnie (przypominam, jego blog: rchibowski.wordpress.com) – bardzo fajnym facecie, który wiele w życiu osiągnie, jestem tego pewien.

 

 

 

 

 

Każdy napotykany syryjski uchodźca, te chodzące księgi prawdziwego życia, w tym jego najczarniejszym wydaniu: bardzo ważne doświadczenie, bo pokazujące z jednej strony okrucieństwo, a często i bezsens wojny, z drugiej absurdalność wielu codziennych naszych “problemów”: pokłóciłem się z kimś z pracy, więc jest BARDZO źle, nie mam się w co ubrać, choć szafa pełna – FATALNIE, pada śnieg a ja muszę iść do pracy – DO D…Y itd., itd. Naprawdę, jeśli przyjąć nieco szerszą perspektywę, a taką otrzymuje się przy kontaktach np. z uchodźcami (na przykład, bo przecież nie tylko oni mają naprawdę poważne problemy), to chyba jednak łatwiej iść przez życie.

 

 

 

I już prawie na koniec: poznanie Innego, czyli to, co mniej zawsze w podróżach pociąga najbardziej – zrealizowane w stu procentach. Takiego wglądu w kulturę, życie, obyczaje Bliskiego Wschodu i jego mieszkańców naprawdę próżno szukałbym wybierając się na wycieczkę. To nie jest łatwe życie, ale pełne przywiązania do rodziny i przyjaciół. Wolniejsze, spokojniejsze, czasem takiego faceta jak ja, ciągle gdzieś goniącego, osadzające w ryzach: uspokój się, świat się jeszcze nie kończy, poczekaj, wypij z nami kawę i pogadajmy. Nie wiem, czy mógłbym tak zawsze, ale przez ten miesiąc – na pewno dałem się temu opanować. Oczywiście istnieją olbrzymie kontrasty, jest duża nierówność społeczna, problemy dotyczące roli religii w życiu publicznym, emancypacji kobiet, kosztów życia w relacji do dochodów, ale machina ta toczy się do przodu. Pisałem tu kilka razy o zamieszkach, o żądaniach demokratyzacji: ciekaw jestem jak rozwinie się ta sytuacja. Trzymam kciuki za Jordańczyków i innych mieszkańców tego regionu. Także trochę z egozimu – wszak od spokoju tutaj zależy spokojny sen także nas, w Europie.

I zupełnie na koniec, podziękowania: dla Caritas Polska – Marty Titaniec i Tomka Kalińskiego – za zaproszenie i zorganizowanie tego wolontariatu, dla moich Szefów i Współpracowników – za to, że mnie puścili i że mnie przyjmą z powrotem, wreszcie bardzo ważne: dla Kasi – mojej Żony, za anielską cierpliwość.

Osobne podziękowania: dla wszystkich Czytelniczek i Czytelników tego bloga: Wasze komentarze i obecność dodawała mi otuchy i sprawiała, że to co robiłem, miało jeszcze większy sens:)

Shukran!

 

Trochę optymizmu, czyli Grupa Miłości

Dziś chcę jednak trochę w moje relacje tchnąć optymizmu, choć będzie to w sumie słodko – gorzka opowieść.

Zacznijmy od tego, że jest ich w sumie 18, nazywają się…Grupa Miłości i rzeczywiście – nazwa dobrze oddaje to, co robią. I nie, nie chodzi o to, co Wam przychodzi do głowy:)

Ta wspaniała osiemnastka, której trzech przedstawicieli przedstawiam powyżej, to organizacja charytatywna działająca przy kościele łacińskim w Az Zarqa. Stanowią trzon niewielkiej społeczności chrześcijańskiej, która, choć w Jordanii cieszy się i tak w miarę spokojnym życiem, to jednak jest zdecydowaną mniejszością w morzu wyznawców Islamu. Radzić sobie więc musi sama, zwłaszcza jeżeli chodzi o pomoc socjalną. I niech nikt nie myśli, że jak grupa mała, to i problemy niewielkie. Wręcz przeciwnie.

 

 

 

Ghassan pracuje w fabryce i zarabia około 250 JD, tj. 1140 złotych. Za wynajem niewielkiego mieszkania płaci 342 złote. Reszta, czyli 798 złotych musi wystraczyć na utrzymanie trzyoosbowej rodziny przez cały miesiąc. Hana, jego syn, dziś 15 letni, musiał opuścić lepszą, ale płatną szkołę chrześcijańską, dziś uczy się w państwowej, której poziom nie tylko jest niższy, ale też chcrześcijańscy uczniowie nie bardzo mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, na przykład w nauce. Państwo nie pomaga rodzinie Ghassana w niczym. Zostaje wsparcie od Grupy Miłości.

 

Nie chcę krytykować państwa jordańskiego, nie o to w tym wpisie chodzi, ale fakty są jakie są i warto je przytoczyć, żeby naszkicować nieco sytuację chrześcijan w tym kraju.

Kiedy Grupa zaczynała prace w 2002 roku, obejmowała pomocą humanitarną 13 rodzin – przede wszystkim tych, którzy borykają się z problemami finansowymi, a mówiąc bardziej dosadnie: nie mają pieniędzy, żeby przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dziś tych rodzin jest już 85.

 

Każda z nich, raz w miesiącu otrzymuje prawdziwie miłosną przesyłkę: bo jedzenie to wszak życie, czy może być więc lepszy dar? Makaron, ryż, cukier, sardynki, serki topione, herbata, mleko w proszku, olej, 30 jajek i 1 kurczak – to wsparcie na miarę przetrwania dla, przypomnę, 85 rodzin, czyli jakiś 340 osób.

 

 

Przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego około 40 dzieciaków dostaje też kompletne wysposażenie szkolne, od tornistrów począwszy.

 

Co miesiąc na przygotowanie takich paczek Grupa wydaje ok. 13 800 złotych – sporo, jeśli wziąć pod uwagę, że społeczność jest mała, liczy najwyżej 1800 osób. Jak sobie radzą? Jak mogą – szukają pieniędzy od sponosrów, organizują zbiórki w kościele, produkują i sprzedają oliwę, wino, czekoladę, a nawet urządzają bingo, z którego dochód w całości przeznaczony jest na kupowanie produktów do paczek. Imponujący jest fakt, że wszystko to spoczywa na barkach 18 osób, które normalnie pracują i wykonują tę działałność całkowicie charytatywnie; swoją drogą wyobrażam sobie, co przeżywają miesiąc w miesiąc, kiedy pojawia się pytanie: skąd wziąć pieniądze? Jakoś trudno im sbie wyobrazić (mi też), że ich nie będzie, że ktoś głodny odejdzie z kwitkiem. Oczywiście nie obrażą się na wsparcie z Polski, jeśli ktoś chętny: służę kontaktem.

 

Piszę też dzisiaj o tych ludziach, bo to kolejny przykład na pozytywy płynące z wolontariatu: cały czas spotykam takich pozytywnie zakręconych szaleńców, którzy dają mi poczucie, że na świecie wcale nie jest tak źle, że bez względu na wyznanie, kolor skóry, poglądy polityczne – ludzie chcą pomagać, wyciągać rękę, do maluczkich naszej rzeczywistości. Bardzo potrzebowałem też takiego wpisu dla siebie, żeby trochę ulżyć ciężarówi, który gdzieś mi tam w środku zaległ, po wizycie w Zataary Camp.

 

Co ważne: wiem, że wielu z Was też pomaga. Różnie, a to wpłacając gdzieś kasę, a to podejmując przeróżne akcje na rzecz tych, którzy w życiu radzą sobie gorzej, którym “nie wyszło”. I to jest fantastyczne! A ci, którzy jeszcze nie próbowali? Spróbują. I wpadną, bo pomaganie jest jak wirus, który na szczęście rozprzestrzenia się szybko i bez większych ograniczeń.

 

Piątek mój ostatni dzień w Jordanii, może też dlatego staram się wyciągać jakieś optymistyczne wnioski. Jakie – o tym napiszę wszelako jutro. Dobranoc/dzień dobry:)

 

 

Raport z Miasta Smutku

 

Zataary Camp, miasto smutku, poraża. Wielowymiarowo.

 

 

 

 

Po pierwsze liczbami: niezliczone kilometry drutów, które otaczają 60 hektarów pustyni i kilkanaście tysięcy namiotów, zamieszkiwanych przez ponad 30 tysięcy syryjskich uchodźców. Połowa z nich – to dzieci, najbardziej niewinne ofiary konfliktów pod każdą szerokością geograficzną.

 
 
 

 

Po drugie: frustracją. Jest olbrzymia. Uciekinierzy są bowiem trochę w pułapce. Obóz stwarza im warunki do pozostania przy życiu, do schronienia bez bomb i strzałów, ale to właściwie jest wegetacja. Syryjczycy nie mogą opuszczać terenu Zataary Camp. Żeby to zrobić – potrzebują pozwolenia od administratorów tego miejsca, ale uzyskanie takowego jest właściwie niemożliwe. Nie mogą pracować. Nie mogą pójść na spacer dalej niż płotu okalającego znaczną część obozu. Tam, gdzie go nie ma – są żołnierze, uzbrojeni po zęby, z rozkazem zatrzymania każdego kto chce wejść lub wyjść na teren obozu. No, chyba że ktoś chce wrócić do Syrii – wtedy proszę bardzo, tylko do czego tu wracać?

 

Obozowe życie koncentruje się wokół głównej ulicy, na której panuje niesamowite zamieszanie. Przy jej poboczach: handel. Warzywami, owocami, mięsem, ubraniami, butlami gazowymi, papierosami. Jest i fryzjer. Towary dostarczają Jordańczycy, sprzedają Syryjczycy. Ceny nawet nie są bardzo wygórowane, choć oczywiście wyższe od tych na zewnątrz. To i tak nie ma znaczenia. Kupujących jest niewielu, zainteresowanie towarami – głównie tymi podstawowymi, przecież nikt tu nie zarabia, nikt nie ma dostępu do żywej gotówki, poza oczywiście skromnymi oszczędnościami, które kończą się zazwyczaj po kilku miesiącach od przyjazdu.

 

 
 

Ci, którzy nie mają już żadnych pieniędzy zdani są wyłącznie na pomoc kilkunastu organizacji charytatywnych działających w obozie. Oczywiście: trzeba doceniać fakt, że są ludzie gotowi nieść pomoc, że świat i władze Jordanii nie zostawiły Syryjczyków samymi sobie – i to musi być jasno powiedziane. Są trzy szpitale polowe (marokański, francuski i jordański), siedem placówek do nauki, głównie zajęcia z edukacji nieformalnej, punkty wydawania tej podstawowej pomocy: koców, materacy, baniaków do noszenia wody, żywności, ubrań.

 

Syryjscy uchodźcy całymi dniami czekają na pomoc pod namiotami organizacji wydających pomoc humanitarną.
 

Wejście do polowego szpitala założenego przez Markoańczyków.

Kuchnia obozowa. Takich pomieszczeń jest kilkadziesiąt, po jednym na około 100 namiotów.

 

Punkt poboru wody do gotowania i mycia. Jeśli przyjrzycie sie uważnie – w lewym rogu zobaczycie opancerzony samochód, jeden z patroli pilnujących, żeby nikt nie opuścił obozu.

 

Jednak warto też zauważyć, że wszyscy niemal mieszkańcy obozu skarżą się, że pomoc jest niewystarczająca, że zwłaszcza teraz, przed zimią, nie bardzo wyobrażają sobie jak mają przetrwać w namiotach, kiedy jedynym źródłem ogrzewania jest tam maleńki piecyk elektryczny (niebezpieczne!) i po jednym kocu na osobę? Kilka razy wybuchały więc w Zataary Camp zamieszki, zdesperowani ludzie żądali wolności lub przynajmniej polepszenia warunków życia. Zdarzają się ucieczki – niedawno wybuchła afera, kiedy okazało się, że niektórzy pracownicy obozu, za oszałamiającą dla Syryjczyków kwotę 500 JD (ponad 2000 złotych) wywozili z obozu niektórych uchidźców. Na razie rozpoczęła się podobno budowa kontenerów, do których mają się przenieść uchodźcy, ale zaznaczam, że żadnych takowych nie widziałem. Jest natomiast morze namiotów, upiorny biwak na pustyni.

 

 

 

 

Trzecia rzecz, która naprawdę poraża w obozie to ludzkie historie. Prawie każdy spotkany tu człowiek wyrzuca z siebie gorączkowo opowieści, które jeżą włos na głowie.

Alie Hejiasi, z Tafas, wioski położonej kilkanaście kilometrów na północ od Daara pokazuje nam swoją ranę: kula wystrzelona przez żołnierzy reżimu weszła mu przez plecy, wyszła – z przodu, kilka centymetrów nad sercem. Twierdzi, że potrzebuje zewnętrznej pomocy medycznej, ale na razie nikt nie chce go wypuścić z obozu.

 

Najiya, choć imię po arabsku oznacza “bezpieczna”, bezpieczeństwa wcale nie czuje. Wręcz przeciwnie: niepełnosprawna kobieta cudem przedostała się przez granicę, a teraz “nie ma nic, a cokolwiek się dzieje dobrego w jej życiu, to jedynie za sprawą Allaha, a nie ludzi”.

Dom Abrahima został zrównany z ziemią. Pytam go, czy chce wrócić do Syrii? Po co? Do czego? odpowiada mi pytaniem. On i jego rodziną liczą na łaskawość króla Jordanii Abdullaha. W obozie od 3 miesięcy.

 

Przyjaciele Sama, jak o sobie mówi, ginęli na jego oczach. Uciekł z Daraa kilkanaście dni temu, już chce wracać, bo, “woli zatańczyć ze śmiercią niż wegetować w obozie zimą, w namiocie”. Nie wie jednak, czy jego dom jeszcze istnieje, nie jest też pewien, czy po przekroczeniu granicy nie zostanie zatrzymany i wtrącony do więzienia. Do tych zapowiedzi należy się więc odnieść z dystansem, wydaje się, że Sam podzieli los wielu uchodźców i zostanie w obozie, czekając na lepsze jutro.

 

Jak sobie je wyobrażają? Oczywiście: bez Bashera Al- Assada i jego ludzi. Tu niemal każdy nosi czapkę, bransoletkę, pierścionek, chustę z emblematami Wolnej Syrii.

 

 

 

 

Flagę poniżej wypatrzyłem wśród namiotów niedawno przybyłych uchodźców. Do swojego namiotu przymocował ją Nauras, a napis na niej głosi: Wolny Człowiek. Zastanawiam się wciąż jaka jest ta jego wolność i dokąd go zaprowadzi?

 

 

Nauras, Wolny Człowiek ?

 

Ci, którzy w obozie są najdłużej nie wierzą już, że jeszcze zobaczą swój kraj. Jak powiedziała mi pewna starsza kobieta – “ale i tak popieram rebeliantów. Nie dla siebie. Dla wnuka. Może on będzie wreszcie żył w normalnym kraju?”

 

 

Może? A może zostanie w Jordanii na zawsze? Nie wiem, tak jak zupełnie nie wiedziałem jak odpowiadać na padające wciąż pytanie: jak możecie nam pomóc? Być może poprzez nagłaśnianie tego typu historii, opowieści z miejsc takich jak Zataary, gdzie jak w soczewki skupia się ogrom nieszczęścia, które niesie ze sobą konflikt (jakikolwiek zresztą), ktoś kiedyś zawaha się przed naciśnięciem spustu, wydawaniem decyzji o niszczeniu swojego kraju? Naiwne? Znów: może.

 

Smutek wojny domowej w Syrii osiadł na Zataary jak niewidzialna zasłona. Przenika wszystko i wszystkich. Wszystko tu jest pozorne: spokój, życie, zakupy, zabawy dzieci, jedzenie – wszystko umowne, jakby nieprawdziwe, zawieszone między światami. Tym za granicą, w Syrii, gdzie jest/był dom, tym za siatką obozu, gdzie świat żyje swoimi sprawami i tym wewnętrznym, gdzie każdy chciałby płakać i krzyczeć z wściekłości, ale nie robi tego, bo ból i łzy już na nikim nie robią tu wrażenia. Mieszkańcy Zataary Camp czekają, w tym między-czasie, choć chyba już sami nie wiedzą na co. A któż może to wiedzieć, kiedy żyje się w mieście smutku?

 

 

 

Niewidzialni, dotknięci

Słyszeliście kiedyś o dalitach? To tzw. “nietykalni”, wyrzuceni poza nawias społeczeństwa hinduskiego, bazujący na jego marginesie, podejmujący się najgorszych, “nieczystych” prac, takich jak zabijanie szczurów, czy patorszenie zwierząt. Co prawda ojciec współcznych Indii zwał ich “dziećmi Boga” i zakazywał ich dyskryminacji, a konstytucja Indii w 1950 roku doprawadziła do formalnego równouprawnienia wszystkich obywateli, to do dziś dalici koczują na obrzeżach tego wielkiego, nie tylko liczebnie, narodu.

Dlaczego o tym piszę? Bo dziś, nieco podobnie, przedstawia się sytuacja syryjskich uchodźców. Choć oczywiście nie jest tak, że są “nietykalni”, społeczeństwo, sąsiedzi ich przynajmniej tolerują, to już niewidzialni – są znacznie częściej. Taki los spotyka na przykład większość uciekinierów z obozu dla uchodźców Zataari Camp, o którym już tu pisałem.

Wczoraj wyruszyliśmy – z drużyną herosów – detektywów z Caritasu, o których już zresztą pisałem, trochę poza Az Zarqa, żeby poszukać syryjskich uchodźców, którzy są właśnie niewidzialni. Uciekli z kraju, często przez zieloną granicę, uciekli z obozu w Zaatari lub innego, gdzie warunki do życia są naprawdę beznadziejne, wierząc we własne siły i umiejętności.

Najczęściej – przeliczyli się.

Kobieta, której odbicie w lustrze widać powyżej – pokazuje nam właśnie piekło, w którym przyszło żyć jej rodzinie po ucieczce z Zataari.

Łazienka….

…i kuchnia….

….i całkiem własne karaluchy…..

A wszystko to za niewygórowaną cenę 250 złotych plus opłaty (karaluchy w gratisie; swoją drogą ludzie naprawdę nie mają wstydu, żeby coś takiego “wynajmować”, tak naprawdę żerując na beznadziejnej sytuacji innych).

To po co uciekali – pytam się po raz wtóry?

Ta rodzina twierdzi, że nie mieli nic do stracenia, ale okazało się, że i owszem – na przykład tożsamość. Kto bowiem ucieknie bez dokumentów, a te przechowywane są często przez administrację obozów, albo zaginęły podczas chaotycznej ucieczki, nie ma właściwie szans na jakąkolwiek pomoc. Bo ta udzielana jest tylko tym, którzy mogą się oficjalnie zarejestrować, a oficjalnie – to z dokumentem.

Powrót do Syrii? Do czego? Na razie przynajmniej nie mają po co wracać, w ich mieście trwają walki, ich dom zburzyły czołgi.

Podobnie jak dom tej rodziny, kolejnej, która właściwie nie otrzymuje żadnej pomocy i utrzymuje się z jakieś chwytanej łapczywie i rzadko pracy, której nikt inny nie chce wykonywać. Dzieci całe dnie spędzają w domu, bo do szkoły z programem pomocy dla uchodźców jest za daleko, za inne – trzeba płacić. Dla państwa są niewidzialni – na szczęści mają szansę na “dotknięcie” pomocą Caritasu.

Nigdy o tym nie pisałem, bo wydawało mi się to oczywiste, kogo obwiniają za swoją sytuację.

Jednak ten rysunek w jednym z domów jakoś mną wstrząsnął, może dlatego, że malowany ręką dziecka? Na górze flaga wolnej Syrii, na dole – wizerunek prezydenta Bashera Al-Assada.

I tak od domu, do domu, karaluchy, grzyb, pustka w oczach. Niewidzialni są w naprawdę fatalnej sytuacji, bo żyją bez perspektyw. Z deszczu pod rynnę, z nikąd do nikąd, z pustego w próżne i tak można by wyliczać w nieskończoność. Widziałem wiele ludzkiego cierpienia w życiu, ale sytuacja, w której ludzie pozbawieni są nadziei – zawsze wydawała mi się najgorsza.

Pracownicy Caritasu i wolontariusze muszą mieć tę nadzieję niejako w ich zastępstwie. Nie twierdzę, że po takiej wizycie, uchodźcy wyrywają się ze swojego letargu, ale liczę, że choć w niektórych zapali się małe światełko, że taki “dobry dotyk” uświadomi im, że jednak żyć muszą, więc pora wyruszyć w dalszą drogę, gdziekolwiek ona prowadzi.

Nasza droga tego dnia też prosta nie była. I to nawet nie tyle z powodu ciężaru historii, który spoczął na naszych wątłych jednak barkach, ale znacznie bardziej prozaicznego….

Wysłużone auto jednego z pracowników Caritasu po prostu nie wytrzymało…padło, zdechło, koniec. Cóż, w oczekiwaniu (długim, bo według arabskiego czasu) na pomoc, nie pozostało nam nic innego, jak się pośmiać z samych siebie no i – w obliczu niedoległego już terminu mojego wyjazdu – podziękować sobie za współpracę, a ta naprawdę będzie dla mnie niezapomniana ;))) dziękuję Team A!

Ps. Jeszcze jedno – ale bardzo ważne: dziś są urodziny mojej Mamy, która zawsze była i jest dla mnie inspiracją do podejmowania różnych ważnych decyzji w moim życiu. Podobnie jak teraz jest nią Kasia, która dziś obchodzi imieniny, więc obu moim wspaniałym Dziewczynom: wszystkiego najlepszego! I shukran, dziękuję;)

Podróż do siebie

Dlaczego podróżujemy? Jaki to ma sens? I czym tak naprawdę jest podróżowanie?

 

Został mi niecały tydzień w Jordanii i dlatego myślę o tym ostatnio całkiem sporo. I szukam odpowiedzi, najchętniej u mądrzejszych od siebie, co nie znaczy, że własnych kilku groszy do tej dysputy bym nie dorzucił.

 

Zacznijmy jednak od klasyka, Ryszarda Kapuścińskiego, który tak diagnozuje kondycję ludzką w tej materii:

Większość ludzi właściwie nie jest ciekawa świata. Większość ludzi świat w ogóle nie obchodzi. (…) Podobnie jak niewielu ludzi lubi jeździć. My, ludzkość, jesteśmy gatunkiem osiadłym. (…)W młodym wieku ludzie lubią sobie jeszcze pojechać turystycznie, ale potem się żenią, mają dzieci i przestają jeździć. Jeżdżenie jest pasją, która zajmuje bardzo niewielki odsetek ludzi.

Dorzućmy tu jeszcze cytatcik z tak w Polsce wielbionego Erica Emmanuela – Schmitta:

Tak już jest z człowiekiem, że na starość nie za bardzo lubi podróżować.

(Kto rozpozna? No? Dobra: Oskar i Pani Róża)

 

Teaz: nie oburzać mi się, tylko z ręką na sercu powiedzieć: jak często podróżujecie? Poza wakacjami letnimi i – ci którzy potrafią i mają na to kasę- nartami/deską/POM wersja Zakopane? Już słyszę ten szmer oburzenia: a do rodziny na święta – to nie podróż? A służbowo – to niby co, jak nie podróż?

Otóż: chyba niekoniecznie. Bo żeby była podróż prawdziwą, to musi być coś, co bardzo prosto nazwał inny klasyk, prof. Leszek Kołakowski: ciekawość.

Ale po kolei. W swoim fantastycznym eseju na temat podróży, opublikowamym w “Mini wykładach o maxi sprawach”, tak zaczyna rozprawiać się z naszymi sterotypami w tej sprawie:

 

Trzeba zauważyć, że, mówiąc o p o d r ó ż a c h, mamy na myśli nie wszelkie przemieszczanie się w przestrzeni, ale takie, gdzie podróż sama w sobie jest celem, gdzie więc nie chodzi nam o załatwienie sobie czegoś, co gdyby można, załatwilibyśmy sobie raczej bez podróży i związanych z nimi uciążliwości.

No właśnie: bo czy jest prawdziwą podróżą moja wyprawa z Maćkiem Zakrockim do Strasburga na sesję Parlamentu Europejskiego, taka, podczas której rejestrujemy program?

Chyba jednak tak – ale dość wyjątkowo i warunkowo – bo bez tego nie bylibyśmy w stanie POZNAĆ – faktów, opinii, w sposób, który pozwoliłby nam PRZEKAZAĆ je innym (bo jednak bez obrazka telewizja nie istnieje). Gdybym jednak nie był dziennikarzem telewizyjnym: to czy tych samych faktów i opinii nie mógłym próbować pozyskać za pomocą maila /telefonu /skypa /twittera /facebooka?

Pewnie bym mógł i wtedy nie byłaby to podróż, ale tylko jazda w tę i z powrotem, połączona z rejestracją czyli załatwienie interesu:

 

B I Z N E S M E N I , którzy urządzają sobie spotkania na lotniskach w specjalnie na ten cel przysposobionych salach konferencyjnych, by zaraz potem wracać do swoich siedzib, wcale nie podróżują, lecz załatwiają swoje interesy, a jeśli mogą, załatwiają je inaczej, co jest zresztą coraz łatwiejsze.


Zatem: w celach stricte zawodowych, to nie podróż. O, już słyszę Maćkowe ustykiwanie: a nie poznajesz aby wieczorami nowych win? No poznaję, poznaję, ale też muszę uczciwe przyznać, że te wspaniałości winne można by i na polskim gruncie poznać, obwąchać, skosztować, podsumować.

Niemniej: raczej to wyjazd, niż podróż, jak i w przypadku wszystkich innych służbowych wypadów, zawsze realizowanych według schematu: pobudka-prysznic-taksówka-lotnisko-lot-lotnisko-spotkania/interesy-hotel-kolacja-hotel-prysznic-spaaaaać!-pobudka-prysznic-taksówka-lotnisko-lot-lotnisko-dom/firma.


Niech więc nie pomstują ci, którzy uważają, że taki co służbowo jeździ za granicę czy choćby do Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Pcimia – to ma życie, bo za nasze sobie jeździ i firmowe biuro podróży ma darmowe : nic bardziej mylnego.

 

 

Teraz dalej: zastanówmy się, czy podróżą prawdziwą jest wypad, dajmy na to, na all inclusive do Egiptu? Opowiadał mi pewien kolega – że jadą z narzeczoną na dwa tygodnie do hotelu w Sharm-el-Shei i tam – kontynuuował, a oczy, czarne jak dwa węgle, błyszczały mu radosnym podnieceniem na tę okoliczność – będą przez te dwa tygodnie i nosa nie wyściubią poza hall, bo “piramidy już widzieli” – więc właściwie z leżaka nie zejdą, bo muszą się wyluzować. Pisze Profesor:


Nie wiem nawet, czy do podróży zaliczyć można ten rodzaj masowej turystyki, gdzie, na przykład, mieszkańcom krajów chłodnych, jak Anglia, chodzi o kawałek ciepłego morza w Hiszpanii, a na miejscu już tam mają przygotowane angielskie bary, angielskie jedzenie (pożal się Boże), Hiszpania sama zaś nic ich nie obchodzi.



I ja się z prof. Kołakowskim zgodzę, bo wyjazd, którego główną atrakcją jest bitwa o leżak nad basenem lub nawet tych kilka tysięcy fotografii z widokiem w tle (widok nieważny, dobrze by był rozpoznawalny, a jeszcze lepiej – z jakąś palmą lub wielbłądem, bo to już jednak egoztyka i koleżanka lub kolega z zadrości może choć trochę skisną) – to jednak żadna i dla mnie podróż. Bo leżak, to mogę sobie na tarasie postawić, a inni, szczęśliwsi – na działce, w ogródku i jeszcze nie muszę widoków nie zawsze estetycznych podziwiać, więc same korzyści. A że fotki z widoczkiem zabraknie? No cóż, to chyba jednak kwestia charakteru, bo jakoś kolekcjonowanie “a tu byłem i tu colę/piwko piłem” to jednak nie ja. A Wy?


Tu jednak mówimy o podróżach, gdzie chodzi nam, podróżnikom, o doświadczenie czegoś nowego jako nowego właśnie, o kontakt z jakąś rzeczywistością nieznajomą.

 

Bo – idźmy dalej, przypominając opinię profesora Kołakowskiego z początku, w podróży chodzi o zaspokojenie naszej ciekawości. Nie żądzy wiedzy, bo tą możemy zaspokoić w domu, przed komputerem, z książką, kto wie czy nie lepiej, niż w czasie podróży (ach, wujek Google, ciotka Wikipedia i reszta tej pokręconej rodzinki).

Nim jednak o ciekawości, to jeszcze jedna opinia Profesora: I podróż nie jest też ucieczką – pisze. Stop. Czyżby?

Tu się z Profesorem nie zgodzam. Z praktyki wiem, że wielu podróżników, rzeczywiście, kieruje się ciekawością, ale też i patrzy na podróż jak na autostradę do wolności. Czasem pojmowaną metaforycznie: żeby była to odskocznia od przygniatającej, szarej, codzienności, od problemów, nierzadko z samym sobą, od nieporządku we własnym chaosie, o którym pisze poeta Świetlicki, żeby była drogą do nowego, lepszego mnie (czy dla “mnie” tak też jest, to jeszcze napiszę;).

Dla innych jednak, jak choćby uchodźców właśnie taka podróż-ucieczka, daleka jest od symbolizmu, ubrana jest w parchaty strój konieczności, wypłowiałe dresy tułaczki, dla pospolitego ratowania życia. Aliści: dowodu mi trzeba, więc głos oddam poetce, Pani Wisławie:

Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.

W jakimś kraju pod słońcem

i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,

obsiane pola, jakieś kury, psy,

lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.

Mają na plecach dzbanki i tobołki,

im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.

Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,

a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie

i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.

Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,

nie ten, co trzeba most

nad rzeką dziwnie różową.

Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,

w górze samolot trochę kołujący.

Przydałaby się jakaś niewidzialność,

jakaś bura kamienność,

a jeszcze lepiej niebyłość

na pewien krótki czas albo i długi.

Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.

Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,

w ilu postaciach i w jakich zamiarach.

Jeśli będzie miał wybór,

może nie zechce być wrogiem

i pozostawi ich przy jakimś życiu.

Wisława Szymborska, “Jacyś ludzie”

 

A zatem, moim zdaniem podróż może być i bywa, drogi Profesorze (jeśli gdzieś tam chodzasz i masz na tyle wyrozumiałości, żeby zerknąć na moje grafomańskie wybryki), ucieczką. Choć smutna to jej funkcja.

 

Wróćmy jednak do ciekawości, która jest rzeczywiście, też dla mnie (bo ja jednak nie uciekam) głównym motorem napędowym podróżowania. I teraz – w moim przypadku ciekawość ta dotyczy ludzi, poznania tego słynnego Innego, spojrzenia na świat jego oczami, albo, częściej, przez podwójną soczewkę jego i moich doświadczeń.

 

Stąd moje słabe lub – ok – słabsze zainteresowanie wszelakimi “widoczkami w tle”, bo ruiny mówią tylko szpetem, ich opowieść jest rwana, dają wyobrażenie, ale to raczej już wystygłe kratery, memento dla potomnych (bywające inspiracją, to prawda, sam o tym pisałem), ale nie mające u mnie najmniejszych szans na konkurencję z żywymi świadkami historii, która tak beztrosko przetacza się wciąż nad naszymi głowami.

Pretensjonalne? Ależ nie przeczę, bo musiałbym być głupcem, gdybym chciał komuś narzucić swój pogląd, ale po prostu lubię go mieć i taki w tej materii on właśnie jest (Chłopięcy książę mocą przeczucia Luizy/ W gorączce się przemyka poprzez chłodne sale – jak o zacietrzewieniu/bohaterskiej obronie swojej opinii, pisał Andrzej Bursa)

Pisze dalej Profesor o potrzebie nowości, która tkwi w nas, ludziach.

Chcielibyśmy zawsze być u początku, mieć poczucie, że świat jest dla nas otwarty, że zaczyna się właśnie, a samo przeżycie nowości w takie poczucie nas wprowadza, choćby w złudzeniu. Zapewne dlatego ludzie zmieniają żony i mężów: mają przez chwilkę przeżycie nowego czasu, doświadczenie początku.

Żartowniś z niego, prawda? I jak cudnie potrafi zagmatwać sprawy: no bo skoro gonimy za nowością, to czyż wyjazd, nawet do owego przysłowiowego Egiptu nie jest nowością? Podrożą do nowości, mimo, że tak nadgryzionej już zębem czasu i tak dobrze znanej milionom przed nami? A jednak…nie. Bo kto z Was, tak z ręką na sercu, jest gotów z głowy opowiedzieć o przeżyciach związanych z wizytą przy nieszczęsnym Sfinksie? Ja najczęściej słyszę: “jest niesamowity!”, “ale to jednak niesamowite, że oni to tak wybudowali”, “no i ten nos naprawdę mu ułamali!”, “świetne”, “ekstra”! Jaka jednak nowa jakość kryje się w tych odpowiedziach? Świetna i ekstra jest też tężnia w Konstancinie, jeziorko na Zakrzówku i poligon na Biedrusku, ale tam się wszak nie “podróżuje” tylko jeździ w celach konkretnych. Żeby doświadczyć otwartości świata nie wystarczy tylko targowanie się z handarzami na turystycznej ulicy, przekomarzanie się z kelnerami; trzeba spróbować wejść, oczywiście zawsze za przyzwoleniem, z zaproszeniem, do czyjegoś życia, wtedy mamy realną szansę na dotknięcie Innego, na coś rzeczywiście nowego i niepowtarzalnego, bo wszak każdy człowiek jest jaka ta książka (a życie jak pudełko czekoladek, co nie?;)

Radykał ze mnie, motyla noga.

Na szczęście i tu linę rzuca ratunkową rzuca mi prof. Kołakowski i to z niego ostatni będzie już dziś cytat, a i ja zamierzam wreszcie do końca:

 

Nie byłoby na pewno prawdą przypuszczenie, że ciekawość czy potrzeba nowości towarzyszy wszystkim nam w takim samym natężeniu, zawsze i nieprzerwanie. Gdyby tak było, życie ludzkie byłoby niemożliwe. Jest osobliwością wszelkiego życia, że działają w nim siły skierowane na konserwację, na zachowanie istniejącego porządku oraz inne, które są u źródeł rozwoju. W naszym, ludzkim świecie te dwie, przeciwnie skierowane energie przejawiają się jako potrzeba trwałości, bezpieczeństwa, przebywania w otoczeniu znajomym oraz właśnie potrzeba nowości, odmiany, ciekawość. Te dwie skłonności kłócą się ze sobą, ale obie są nam niezbędne, byśmy ludzki żywot wiedli. Na pewno ludzkie charaktery można odróżniać, między innymi, przez większy lub mniejszy w nich udział tych skłóconych energii: od tych, co tylko rutynę lubią i rzeczy znajome, do tych, których rutyna mierzi i tylko odmiany sobie cenią.

 

Ja więc odnajduję siebie w tej grupie drugiej, zdecydowanie, choć nie przeczę, że sam czasami, a może nawet bardzo często popadam w rutynę i łapię się na lepki miód jej miłej przewidywalności. Jednak z czasem zaczyna mnie nosić, kręcić i wiercić i łażę, szukam, czasem nawet tylko po miastach, sam, żeby wyczuć czym żyją, jak oddychają. No, ale to zupełnie inny temat. Mogę jedynie zachęcić tych, którzy trochę się w tej swojej rutynie za bardzo zasiedzieli, żeby raz na czas jakis spróbowali strzepnąć osad domowego tu i teraz i wyruszyli w podróż, prawdziwą, taką z krętymi szlakami, z Innymi na drodze, z niebem – nieco bliższym niż w mieście. Zwłaszcza, że jak pisał Ryszard Kapuściński (w Podróżach z Herodotem zresztą) – taka podróż w człowieku zostaje dłużej niż najfajniejszy nawet all inclusive:

 

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego, jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.



 

 

Co mam powiedzieć Elaf?

Rozmawiam chwilami z kserokopiarką, bo chociaż ona nie odpowiada mi z uśmiechem po arabsku. Nie, nie chodzi o to, że nie lubię tego języka, wręcz przeciwnie, uważam że jest piękny, fascynuje mnie jego melodia, tęsknota w śpiewie muezina – jest nie do podrobienia, ma niesmaowitą moc. Po prostu – arabski jest wszędzie, z każdej strony, zalewa mnie ta fala nieznanego, złość mnie bierze, że nie rozumiem, że nie nadążam. A chcę rozumieć, bo wtedy łatwiej pomóc, albo wybrać tego, kto pomocy potrzebuje, a na razie zostaje “pierwsze wrażenie” i tłumaczenie koleżanek i kolegów, ale, jak o bywa, rzadko niesie ze sobą całą skomplikowaną strukturę emocji, które niosą opowieści uchodźców.

No i ta nieustająca komunikacja “migana”, choć oczywiście z językiem migowym nic wspólnego nie mająca – wypinam brzuch, żeby powiedzieć, że jestem głodny, albo wciągam, żeby nauczyć dzieciaki słowa “chudy”, chodzę na kolanach, żeby pokazać “psa”, albo skaczę po ławkac jako “małpa”.

Na szczęście ludzie są cierpliwi, ciągle powtarzają mi te same słowa, umiem już liczyć do siedmiu, powiedzieć “spokojnie”, “wtorek”, ” niedziela”, “ręka”, “dziękuję”, “cześć”, “bardzo dobrze”. I bardzo dobrze. Jednak muszę się uczyć, a tu czas pędzi jak szalony, więc po cichu mówię mojej kserokopiarce, żeby mi jakoś pomogła, ale ona tylko mruczy i pluje stronami, czasem tylko “paper jam”, ale w ogóle grzeczna z niej dziewczynka.

 

Tak sobie współdziałamy, kolejne kopie syryjskich paszportów przechodzą z ręki do ręki.

A na granicy, jak słyszałem, koczują setki, o ile nie tysiące zdesperowanych Syryjczyków, którzy chcą uciec od piekła swojej codzienności. Od hałasu, tego charakterystycznego huku wystrzałów, suchego, morderczego.

Tu przynajmniej mogą liczyć na pomoc. Pisałem wczoraj o kuponach na żywność, obuwie i odzież, które są już rozdawane, dziś z kolei 75 rodzin odebrało naprawdę potrzebne podstawowe wyposażenie: kuchenki, koce i piecyki gazowe, takie ogrzewacze, które naprawdę się tu przydadzą już za chwilę.

 

 

 

 

 

 

Tak, kiedy moi syryjsko-jordańsko-egipsko-palestyńcy przyciale dzielnie wydawali pomoc na dole, na górze, w biurze, tak jakby w chmurze, ja stworzyłem ad hoc…przedszkole…

 

 

 

 

Przyjrzyjcie się jeszcze raz temu ostatniemu rysunkowi: domek, drzewko, słoneczko, chmurki…syryjska flaga…coś jakby piramida. No to na koniec tego wpisu oddajmy głos autorce, Elaf, lat osiem, dziewczynce w czerwonym płaszczyku, z gwiazdką na czole:

 

To jest mój domek w Syrii, tam mieszkaliśmy i miałam tam pokój. A potem wyjechaliśmy, bo było głośno i wszyscy krzyczeli i potem mieszkaliśmy w namiocie. I tam było brzydko i teraz mieszkamy tutaj, ale u nas jest zimno i najbardziej to chcę wrócić do domu, do Syrii.

I co tu powiedzieć takiej Elaf? I sektom innych dzieci? Naprawdę, czasami nie wiem, bez względu na to, w jakim języku myślę.