Podróż autostradą słońca

 

 

 

 

Od Al Zarqa do granicy z Syrią jest około 40 kilometrów. Droga, która prowadzi na przejście graniczne, wygląda jak autostrada słońca: równa jak stół, asfalt odbija promienie, nawet pustynia kusi jakimś bezlitosnym spokojem, wydaje się przez chwilę, że wszystko to wygląda wręcz idyllicznie. Aż niewiarygodne, że te drogę przemierzyło już 245 000 Syryjczyków, którzy wyruszyli ze swoich domów w poszukiwaniu lepszego życia.

Tak, wydaje się to zupełnie niewarygodne, aż do czasu, kiedy skręci się z drogi na Mafraq (gdzie wpadaliśmy po Rafała, żeby zabrać go na wyprawę po okolicy, co opiszę niebawem) i na horyzoncie pojawią się namioty. Setki białych namiotów. Zdjęcie, które zamieszczam poniżej nie oddaje tego widoku, było zrobione z dużej odległości, bo bliżej nie da się podjechać bez specjalnej zgody z ministerstwa spraw wewnętrznych, ale wierzcie mi – ogrom tragedii syryjskich uchodźców, którzy mieszkają w tym prowizorycznym mieście – widmie, jest ogromny, nieporównywalny z tym, co dotąd widziałem.

 

 

Zataary Camp, bo tak nazywa sie to miejsce, wyrosło na kilkudziesięciu hektarach, daje schronienie 36 tysiącom Syryjczyków, którzy najczęściej nielegalnie przekroczyli granicę. W zamknięciu, odizolowani od świata, spędzają kolejne dni w beznadziejnym oczekiwaniu na to, że w ich życiu nastąpi jakakolwiek zmiana. Jaka? Na co naprawdę liczą? Nie wiem, spróbujmy się tego z Rafałem dowiedzieć, możliwie jak najszybciej odwiedzając miejsce, z którego pochodzi tak wielu naszych podopiecznych.

 

Znamy, już teraz, ich największą obawę. To zima. Temperatury z dnia na dzień są coraz niższe. I choć zero stopni Celsjusza, które są tu notowane w apogeum zimowej pory, nam wydają się w miarę przyzwoite, to w namiocie bez ogrzewania – sytuacja wygląda zgoła odmiennie. A na to, że ogrzewanie się pojawi właściwie trudno liczyć, tym bardziej, że ceny paliwa i gazu, jak już Wam pisałem – drastycznie wzrosły w ostatnich dniach. Spróbuję wyjaśnić krótko, co to znaczy i jakie ma konsekwencje, nie tylko dla Syryjczyków zresztą.

 

 

Gaz w Jordanii, podobnie jak w Polsce, to podstawowe paliwo służące do gotowania, jak i – dla wielu biedniejszych mieszkańców tego kraju, a więc i uchodźców – także ogrzewania. Tak to u nich dziś wygląda:

 

W wersji naprawdę podstawowej (u wielu)….

….i w wersji lepszej. Ta na zdjęciu służy 12 osobom.

Wygląda jak na biwaku albo obozie harcerskim? No cóż, taka jest tu jest rzeczywistość. Dodajmy jeszcze tylko, że bogatsi Jordańczycy – używają do ogrzewania domów nafty (kerosene). Ceny gazu wzrosły właśnie o 54%, nafty – o 28%. To oznacza, że wielu mieszkańców tych pustynnymi terenów nie będzie w stanie ogrzać swoich mieszkań, ani przyrządzić posiłków.

Nic więc dziwnego, że na ulicach widać tłumy zdesperowanych ludzi – protestujących gwałtownie przeciw podwyżkom

(więcej o tym http://www.guardian.co.uk/world/2012/nov/15/jordan-opposition-fuel-price-protest).

 

Policyjne syreny wyją teraz wyjątkowo często, a Jordania mierzy się z największymi protestami od dwóch lat: niektórzy mówią, że to może być początek kolejnej odsłony Arabskiej Wiosny na Bliskim Wschodzie. Sytuacja jest naprawdę napięta, pojawiły się pierwsze ofiary potyczek, w tym jedna śmiertelna.

 

Syryjczycy, nie tylko w Zataary, ale i Mafraq i Zarqa, czekają i jak już pisałem liczą głównie na finansową pomoc organizacji humanitarnych. Te oczywiście robią, co mogą. Nie jest zadaniem wolontariusza, takiego jak ja, rzucać się z pięściami na tych, którzy wymyślili podwyżki, ale przyznam, że trochę jestem wkurzony – bo ogłosić podwyżki jest naprawdę łatwo, ale jednak można było pomyśleć i zabezpieczyć los ludzi, których, jakby na to nie patrzeć, przyjęło się we własnym kraju i którzy nie mają szansy, z pozycji pół- więźniów zamkniętego obozu dla uchodźców, czy z zakazem podjęcia pracy, jak ci w miastach, zabezpieczyć swoich podstawowych potrzeb. Ale też czekam, wierząc, źe jednak ktoś im pomoźe.

 

Dziś słońce świeciło przez cały dzień. Jego promienie ogrzewały, pieściły nasze twarze, kiedy tak jechaliśmy austradą w kierunku Ammanu, wracając od strony syryjskiej granicy. Do naszych ciepłych łóżek, śpiworów, pod gorące prysznice. Nie, nie mam wyrzutów sumienia, że nie mieszkam wśród uchodźców, że dzielę z nimi rozpaczy namiotowego miasta. To chyba w niczym by im nie pomogło. Jednak mam świadomość, że dzień jest coraz krótszy. Że Buka – już się zbliża.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s