Zobaczyć morze i… umrzeć

Piątek, czas leci tu naprawdę błyskawicznie, tydzień mi mija za tygodniem, nie liczę godzin i lat heh, (no nie, przyznam się szczerze: pierwszy raz w życiu liczę lata i mnie ten mój wiek uwiera, wkurza, denerwuje, że tak dużo jeszcze do zrobienia, a czas jakby w ogóle nie zwracał na to uwagi, tylko pędzi, wcale mnie nie słucha, kiedy wrzeszczę stój!; tylko rzuca mi ten swój kpiący uśmieszek przez ramię i już jest gdzieś indziej, ciągle spóźniony).

 

Piątki to tutaj dni wolne, więc i temat na dziś nieco lżejszy, choć w Jordanii nadal protesty, nadal ludzie wściekli. Dziś łaziliśmy z Rafałem po Zarqa, wielcy reporterzy w poszukiwaniu tematu, a tak naprawdę szczeniaki szukające zaczepki, w końcu trafiliśmy pod jeden z meczetów, gdzie ewidentnie atmosfera była gorąca.

 

 

Tłum był skupiony, ale jakoś się to później nie rozlało, podobno w niedzielę ma być dopiero nerwowo, zwłaszcza w Ammanie, zobaczymy.

 

Moja Mama napisała, że ona pamięta takie gwałtowne podwyżki cen, niekonsultowane z nikim i swoją złość i bezsilność wtedy, więc cieszę się, jakkolwiek dziecinnie to zabrzmi, że nie muszę, że nie musimy my wszyscy, takich chwil dziś przeżywać, mimo wszystkich problemów z jakimi się zmagamy.

 

No dobrze, ale pisałem, że dziś będzie lżej i to prawda, bo chcę opisać swoją pierwszą dalszą wycieczkę, całe 60 kilometrów od Zarqa nad…Morze Martwe. Ooooo tak, to jest coś!

 

Zacznijmy od drogi: im bliżej wielkiej (stosunkowo) wody – tym bardziej krajobraz jest…księżycowy.

Góry, piach, piach, piach i skały. W końcu, w okolicach góry Nebo, gdzie Bóg miał pokazać Mojżeszowi Ziemię Obiecaną, po czym go uśmiercić za niewierność (lub też, jak mówi stary żart: Mojżesz miał umrzeć z wściekłości: oto bowiem przeprowadził Izraelitów przez wieeeelką pustynię, do tej wymarzonej, własnej ziemi, a tu…wieeeelka pustynia;), w każdym razie właśnie tam pojawiają się małe plantacje bananów (tu jest tak gorąco, że dobrze rosną – mówi Musa, czyli przekładając z arabskiego…Mojżesz, nasz kierowca), a potem…w słońcu..no już wiecie: migoce woda.

 

A po tym tygodniu trzeba mi było wody wielkiej 🙂

Co to jest za miejsce!!!

 

Al-Bahr al-Mayyit, morze śmierci, nazywane też Morzem Lota (to właśnie na jego dnie mają się znajdować ruiny słynnej Sodomy i Gomory), jest właściwie jeziorem, ale też i najniższym punktem na Ziemi (418 metrów pod poziomem morza) z tak cholernie słoną wodą, że naprawdę niewiele akwenów może pochwalić się podobnym (średnie zasolenie wody wynosi 28%, a w takim Morzu Bałtyckim to maksymalnie 12%).

 

O tym, co to w praktyce oznacza, za chwilę, najpierw…tadaaaa: pierwsze wrażenie. Hehehehehehe:

Oczywiście jest i wielbłąd (a nawet wiele wielbłądów, plus konie, jakby to było oczywiste, że nad morze przyjeżdża się na przejażdżki) i naganiacze i, uwaga, jest i plaża:

 
 
Nie, te namioty to nie schronienie dla uchodźców, czy bezdomnych. To przebieralnie. Naprawdę, uwierzcie mi, miałem wiele wątpliwości nim zdjąłem buty. Fakt, plaża jest publiczna, są oczywiście takie, na których nie walają się kości po kurczaku, ale…chcieliście local beach, to macie – powiedział Musa z rozbrajającym uśmiechem i miał rację.

 

 

 

Zwłaszcza, że to, co nastąpiło chwilę później: naprawdę przekracza granice wyjątkowości. Bo wlazłem, powoli, ostrożnie, wlazłem do tej CIEPŁEJ W POŁOWIE LISTOPADA wody (wiem, liczba moich prywatnych haterów właśnie dramatycznie wzrosła) i…zaległem na powierzchni….jak korek…jak dętka…kumple też…no nie no, to naprawdę niesprawiedliwe, że żyjemy w kraju, w którym jest dziś plus 8 w maksimum….

 

 

 

 

I rzeczywiście: nurkować to się tam nie da, lepiej nie próbować choćby ze względu na to, że raczej oczy mogłyby wyjść i powiedzieć kilka cierpkich słów na temat ich traktowania słoną wodą, ale za to leżeć można długo. Z pływaniem spoko, choć woda jest tak gęsta, że aż oleista. Na ciele, kiedy się z niej w końcu człek wywlecze, niechętnie, z ociąganiem, bo już za chwilę ciemno – zostaje warstwa soli i jakby tłustawa powłoczka. Przez moment ma się wrażenie, że skóra nigdy nie była tak gładka, ale trzeba biec pod prysznic, w tym miejscu dość prowizoryczny, żeby zmyć z siebie tę prowizoryczną powłokę, by nie zastygnąć jak nieszczęsna żona Lota…

A może to wcale nie byłby taki głupi pomysł?

Nie, Habibi moja na mnie czeka, remont łazienki na siebie wzięła, więc chyba by tu z młotkiem lub raczej młotem pneumatyczym przyjechała i rozbiłaby mój solny pomnik, więc taka opcja w grę nie wchodzi.

Po szybkim „prysznicu” (o, podliżę się Teściowej: ręcznik szybkoschnący zdał egzamin genialnie!), jeszcze szybka wyprawa na safari fotograficzne. I dobrze, bo zupełnie bym zapomniał o pewnym ważnym aspekcie Morza Martwego:

 

 

 

 

Te oto kupy, porzucone wcale nie beztrosko na brzegu, to nic innego jak owoc pracy zbieraczy słynnego błota z Morza Martwego. Podobno potrafi sprawić cuda, ze stulatki zrobić osiemnastkę w trzy minuty, jego niezwykłe właściwości są znane powszechnie i wysoko cenione (również w dolarach, ale tak, Kochanie, myślę jak tu zabrać kilka kilo, nie dla Ciebie oczywiście, ale żebyś mogła sprzedawać koleżankom zazdrosnym o Twoją urodę:)

 

Ech, dolce vita. Choć na chwilę…

 

 

 

 

I dopiero na koniec, kiedy mieliśmy już odjeżdżać, z całą ostrością dotarł do mojej świadomości jeszcze jeden fakt: na przeciwległym brzegu Morza Martwego jest już Izrael, kawałek dalej – Strefa Gazy. I choćby nie wiem jak piękny był tam widok, jak wspaniałe są wrażenia – to nie można jednak zapominać, że ziemia ta, zamiast „obiecana”, powinna się dziś raczej nazywać przeklęta i to dla każdej ze stron tego niekończącego się konfliktu.

Ale może kiedyś…?

 

Reklamy

One thought on “Zobaczyć morze i… umrzeć

  1. hania wolińska

    w tym miejscu pragnę zaznaczyć, że wiarygodny w pływaniu po powierzchni nie jesteś – kości masz po matce pneumatyczne i nawet bez soli jesteś jak korek na wodzie. niemniej zazdroszczę… pozdrawiam mama

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s