Podróż do siebie

Dlaczego podróżujemy? Jaki to ma sens? I czym tak naprawdę jest podróżowanie?

 

Został mi niecały tydzień w Jordanii i dlatego myślę o tym ostatnio całkiem sporo. I szukam odpowiedzi, najchętniej u mądrzejszych od siebie, co nie znaczy, że własnych kilku groszy do tej dysputy bym nie dorzucił.

 

Zacznijmy jednak od klasyka, Ryszarda Kapuścińskiego, który tak diagnozuje kondycję ludzką w tej materii:

Większość ludzi właściwie nie jest ciekawa świata. Większość ludzi świat w ogóle nie obchodzi. (…) Podobnie jak niewielu ludzi lubi jeździć. My, ludzkość, jesteśmy gatunkiem osiadłym. (…)W młodym wieku ludzie lubią sobie jeszcze pojechać turystycznie, ale potem się żenią, mają dzieci i przestają jeździć. Jeżdżenie jest pasją, która zajmuje bardzo niewielki odsetek ludzi.

Dorzućmy tu jeszcze cytatcik z tak w Polsce wielbionego Erica Emmanuela – Schmitta:

Tak już jest z człowiekiem, że na starość nie za bardzo lubi podróżować.

(Kto rozpozna? No? Dobra: Oskar i Pani Róża)

 

Teaz: nie oburzać mi się, tylko z ręką na sercu powiedzieć: jak często podróżujecie? Poza wakacjami letnimi i – ci którzy potrafią i mają na to kasę- nartami/deską/POM wersja Zakopane? Już słyszę ten szmer oburzenia: a do rodziny na święta – to nie podróż? A służbowo – to niby co, jak nie podróż?

Otóż: chyba niekoniecznie. Bo żeby była podróż prawdziwą, to musi być coś, co bardzo prosto nazwał inny klasyk, prof. Leszek Kołakowski: ciekawość.

Ale po kolei. W swoim fantastycznym eseju na temat podróży, opublikowamym w „Mini wykładach o maxi sprawach”, tak zaczyna rozprawiać się z naszymi sterotypami w tej sprawie:

 

Trzeba zauważyć, że, mówiąc o p o d r ó ż a c h, mamy na myśli nie wszelkie przemieszczanie się w przestrzeni, ale takie, gdzie podróż sama w sobie jest celem, gdzie więc nie chodzi nam o załatwienie sobie czegoś, co gdyby można, załatwilibyśmy sobie raczej bez podróży i związanych z nimi uciążliwości.

No właśnie: bo czy jest prawdziwą podróżą moja wyprawa z Maćkiem Zakrockim do Strasburga na sesję Parlamentu Europejskiego, taka, podczas której rejestrujemy program?

Chyba jednak tak – ale dość wyjątkowo i warunkowo – bo bez tego nie bylibyśmy w stanie POZNAĆ – faktów, opinii, w sposób, który pozwoliłby nam PRZEKAZAĆ je innym (bo jednak bez obrazka telewizja nie istnieje). Gdybym jednak nie był dziennikarzem telewizyjnym: to czy tych samych faktów i opinii nie mógłym próbować pozyskać za pomocą maila /telefonu /skypa /twittera /facebooka?

Pewnie bym mógł i wtedy nie byłaby to podróż, ale tylko jazda w tę i z powrotem, połączona z rejestracją czyli załatwienie interesu:

 

B I Z N E S M E N I , którzy urządzają sobie spotkania na lotniskach w specjalnie na ten cel przysposobionych salach konferencyjnych, by zaraz potem wracać do swoich siedzib, wcale nie podróżują, lecz załatwiają swoje interesy, a jeśli mogą, załatwiają je inaczej, co jest zresztą coraz łatwiejsze.


Zatem: w celach stricte zawodowych, to nie podróż. O, już słyszę Maćkowe ustykiwanie: a nie poznajesz aby wieczorami nowych win? No poznaję, poznaję, ale też muszę uczciwe przyznać, że te wspaniałości winne można by i na polskim gruncie poznać, obwąchać, skosztować, podsumować.

Niemniej: raczej to wyjazd, niż podróż, jak i w przypadku wszystkich innych służbowych wypadów, zawsze realizowanych według schematu: pobudka-prysznic-taksówka-lotnisko-lot-lotnisko-spotkania/interesy-hotel-kolacja-hotel-prysznic-spaaaaać!-pobudka-prysznic-taksówka-lotnisko-lot-lotnisko-dom/firma.


Niech więc nie pomstują ci, którzy uważają, że taki co służbowo jeździ za granicę czy choćby do Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Pcimia – to ma życie, bo za nasze sobie jeździ i firmowe biuro podróży ma darmowe : nic bardziej mylnego.

 

 

Teraz dalej: zastanówmy się, czy podróżą prawdziwą jest wypad, dajmy na to, na all inclusive do Egiptu? Opowiadał mi pewien kolega – że jadą z narzeczoną na dwa tygodnie do hotelu w Sharm-el-Shei i tam – kontynuuował, a oczy, czarne jak dwa węgle, błyszczały mu radosnym podnieceniem na tę okoliczność – będą przez te dwa tygodnie i nosa nie wyściubią poza hall, bo „piramidy już widzieli” – więc właściwie z leżaka nie zejdą, bo muszą się wyluzować. Pisze Profesor:


Nie wiem nawet, czy do podróży zaliczyć można ten rodzaj masowej turystyki, gdzie, na przykład, mieszkańcom krajów chłodnych, jak Anglia, chodzi o kawałek ciepłego morza w Hiszpanii, a na miejscu już tam mają przygotowane angielskie bary, angielskie jedzenie (pożal się Boże), Hiszpania sama zaś nic ich nie obchodzi.



I ja się z prof. Kołakowskim zgodzę, bo wyjazd, którego główną atrakcją jest bitwa o leżak nad basenem lub nawet tych kilka tysięcy fotografii z widokiem w tle (widok nieważny, dobrze by był rozpoznawalny, a jeszcze lepiej – z jakąś palmą lub wielbłądem, bo to już jednak egoztyka i koleżanka lub kolega z zadrości może choć trochę skisną) – to jednak żadna i dla mnie podróż. Bo leżak, to mogę sobie na tarasie postawić, a inni, szczęśliwsi – na działce, w ogródku i jeszcze nie muszę widoków nie zawsze estetycznych podziwiać, więc same korzyści. A że fotki z widoczkiem zabraknie? No cóż, to chyba jednak kwestia charakteru, bo jakoś kolekcjonowanie „a tu byłem i tu colę/piwko piłem” to jednak nie ja. A Wy?


Tu jednak mówimy o podróżach, gdzie chodzi nam, podróżnikom, o doświadczenie czegoś nowego jako nowego właśnie, o kontakt z jakąś rzeczywistością nieznajomą.

 

Bo – idźmy dalej, przypominając opinię profesora Kołakowskiego z początku, w podróży chodzi o zaspokojenie naszej ciekawości. Nie żądzy wiedzy, bo tą możemy zaspokoić w domu, przed komputerem, z książką, kto wie czy nie lepiej, niż w czasie podróży (ach, wujek Google, ciotka Wikipedia i reszta tej pokręconej rodzinki).

Nim jednak o ciekawości, to jeszcze jedna opinia Profesora: I podróż nie jest też ucieczką – pisze. Stop. Czyżby?

Tu się z Profesorem nie zgodzam. Z praktyki wiem, że wielu podróżników, rzeczywiście, kieruje się ciekawością, ale też i patrzy na podróż jak na autostradę do wolności. Czasem pojmowaną metaforycznie: żeby była to odskocznia od przygniatającej, szarej, codzienności, od problemów, nierzadko z samym sobą, od nieporządku we własnym chaosie, o którym pisze poeta Świetlicki, żeby była drogą do nowego, lepszego mnie (czy dla „mnie” tak też jest, to jeszcze napiszę;).

Dla innych jednak, jak choćby uchodźców właśnie taka podróż-ucieczka, daleka jest od symbolizmu, ubrana jest w parchaty strój konieczności, wypłowiałe dresy tułaczki, dla pospolitego ratowania życia. Aliści: dowodu mi trzeba, więc głos oddam poetce, Pani Wisławie:

Jacyś ludzie w ucieczce przed jakimiś ludźmi.

W jakimś kraju pod słońcem

i niektórymi chmurami.

Zostawiają za sobą jakieś swoje wszystko,

obsiane pola, jakieś kury, psy,

lusterka, w których właśnie przegląda się ogień.

Mają na plecach dzbanki i tobołki,

im bardziej puste, tym z dnia na dzień cięższe.

Odbywa się po cichu czyjeś ustawanie,

a w zgiełku czyjeś komuś chleba wydzieranie

i czyjeś martwym dzieckiem potrząsanie.

Przed nimi jakaś wciąż nie tędy droga,

nie ten, co trzeba most

nad rzeką dziwnie różową.

Dokoła jakieś strzały, raz bliżej, raz dalej,

w górze samolot trochę kołujący.

Przydałaby się jakaś niewidzialność,

jakaś bura kamienność,

a jeszcze lepiej niebyłość

na pewien krótki czas albo i długi.

Coś jeszcze się wydarzy, tylko gdzie i co.

Ktoś wyjdzie im naprzeciw, tylko kiedy, kto,

w ilu postaciach i w jakich zamiarach.

Jeśli będzie miał wybór,

może nie zechce być wrogiem

i pozostawi ich przy jakimś życiu.

Wisława Szymborska, „Jacyś ludzie”

 

A zatem, moim zdaniem podróż może być i bywa, drogi Profesorze (jeśli gdzieś tam chodzasz i masz na tyle wyrozumiałości, żeby zerknąć na moje grafomańskie wybryki), ucieczką. Choć smutna to jej funkcja.

 

Wróćmy jednak do ciekawości, która jest rzeczywiście, też dla mnie (bo ja jednak nie uciekam) głównym motorem napędowym podróżowania. I teraz – w moim przypadku ciekawość ta dotyczy ludzi, poznania tego słynnego Innego, spojrzenia na świat jego oczami, albo, częściej, przez podwójną soczewkę jego i moich doświadczeń.

 

Stąd moje słabe lub – ok – słabsze zainteresowanie wszelakimi „widoczkami w tle”, bo ruiny mówią tylko szpetem, ich opowieść jest rwana, dają wyobrażenie, ale to raczej już wystygłe kratery, memento dla potomnych (bywające inspiracją, to prawda, sam o tym pisałem), ale nie mające u mnie najmniejszych szans na konkurencję z żywymi świadkami historii, która tak beztrosko przetacza się wciąż nad naszymi głowami.

Pretensjonalne? Ależ nie przeczę, bo musiałbym być głupcem, gdybym chciał komuś narzucić swój pogląd, ale po prostu lubię go mieć i taki w tej materii on właśnie jest (Chłopięcy książę mocą przeczucia Luizy/ W gorączce się przemyka poprzez chłodne sale – jak o zacietrzewieniu/bohaterskiej obronie swojej opinii, pisał Andrzej Bursa)

Pisze dalej Profesor o potrzebie nowości, która tkwi w nas, ludziach.

Chcielibyśmy zawsze być u początku, mieć poczucie, że świat jest dla nas otwarty, że zaczyna się właśnie, a samo przeżycie nowości w takie poczucie nas wprowadza, choćby w złudzeniu. Zapewne dlatego ludzie zmieniają żony i mężów: mają przez chwilkę przeżycie nowego czasu, doświadczenie początku.

Żartowniś z niego, prawda? I jak cudnie potrafi zagmatwać sprawy: no bo skoro gonimy za nowością, to czyż wyjazd, nawet do owego przysłowiowego Egiptu nie jest nowością? Podrożą do nowości, mimo, że tak nadgryzionej już zębem czasu i tak dobrze znanej milionom przed nami? A jednak…nie. Bo kto z Was, tak z ręką na sercu, jest gotów z głowy opowiedzieć o przeżyciach związanych z wizytą przy nieszczęsnym Sfinksie? Ja najczęściej słyszę: „jest niesamowity!”, „ale to jednak niesamowite, że oni to tak wybudowali”, „no i ten nos naprawdę mu ułamali!”, „świetne”, „ekstra”! Jaka jednak nowa jakość kryje się w tych odpowiedziach? Świetna i ekstra jest też tężnia w Konstancinie, jeziorko na Zakrzówku i poligon na Biedrusku, ale tam się wszak nie „podróżuje” tylko jeździ w celach konkretnych. Żeby doświadczyć otwartości świata nie wystarczy tylko targowanie się z handarzami na turystycznej ulicy, przekomarzanie się z kelnerami; trzeba spróbować wejść, oczywiście zawsze za przyzwoleniem, z zaproszeniem, do czyjegoś życia, wtedy mamy realną szansę na dotknięcie Innego, na coś rzeczywiście nowego i niepowtarzalnego, bo wszak każdy człowiek jest jaka ta książka (a życie jak pudełko czekoladek, co nie?;)

Radykał ze mnie, motyla noga.

Na szczęście i tu linę rzuca ratunkową rzuca mi prof. Kołakowski i to z niego ostatni będzie już dziś cytat, a i ja zamierzam wreszcie do końca:

 

Nie byłoby na pewno prawdą przypuszczenie, że ciekawość czy potrzeba nowości towarzyszy wszystkim nam w takim samym natężeniu, zawsze i nieprzerwanie. Gdyby tak było, życie ludzkie byłoby niemożliwe. Jest osobliwością wszelkiego życia, że działają w nim siły skierowane na konserwację, na zachowanie istniejącego porządku oraz inne, które są u źródeł rozwoju. W naszym, ludzkim świecie te dwie, przeciwnie skierowane energie przejawiają się jako potrzeba trwałości, bezpieczeństwa, przebywania w otoczeniu znajomym oraz właśnie potrzeba nowości, odmiany, ciekawość. Te dwie skłonności kłócą się ze sobą, ale obie są nam niezbędne, byśmy ludzki żywot wiedli. Na pewno ludzkie charaktery można odróżniać, między innymi, przez większy lub mniejszy w nich udział tych skłóconych energii: od tych, co tylko rutynę lubią i rzeczy znajome, do tych, których rutyna mierzi i tylko odmiany sobie cenią.

 

Ja więc odnajduję siebie w tej grupie drugiej, zdecydowanie, choć nie przeczę, że sam czasami, a może nawet bardzo często popadam w rutynę i łapię się na lepki miód jej miłej przewidywalności. Jednak z czasem zaczyna mnie nosić, kręcić i wiercić i łażę, szukam, czasem nawet tylko po miastach, sam, żeby wyczuć czym żyją, jak oddychają. No, ale to zupełnie inny temat. Mogę jedynie zachęcić tych, którzy trochę się w tej swojej rutynie za bardzo zasiedzieli, żeby raz na czas jakis spróbowali strzepnąć osad domowego tu i teraz i wyruszyli w podróż, prawdziwą, taką z krętymi szlakami, z Innymi na drodze, z niebem – nieco bliższym niż w mieście. Zwłaszcza, że jak pisał Ryszard Kapuściński (w Podróżach z Herodotem zresztą) – taka podróż w człowieku zostaje dłużej niż najfajniejszy nawet all inclusive:

 

Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego, jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.



 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s