Wujcio wariatuńcio i inne sprawy

Ok, dziś będą właściwie tylko zdjęcia. Wczoraj dopinałem pewien projekt zawodowy (tak, tak, XXI wiek, wszędzie Sieć, a więc i możliwość pracy) i…się nie wyrobiłem. Spieszę więc przekazać wieści:

W Caritasie znów szaleństwo kolejek: codziennie rejestrują sie dziesiątki nowych uchodźców. Podobno na granicy koczują ich setki, jeśli nie tysiące. Exodus trwa.

Zmieniła się nieco forma udzielanej pomocy: na razie nie ma kocy i innych zestawów, pojawiły się za to – od dawna postulowane – kupony: 2x 30 JD (ok. 120 zł) na ubrania i buty oraz jednorazowy za 40 JD na jedzenie. Teraz Syryjczycy sami mogą zdecydować, na co chcą wydać swoje pieniądze, co na pewno przywraca choć częściową normalność w ich życiu.

A w szkole…szlaństwo. Bo była Jacka lekcja o Spidermanie:

Która, szczęśliwie, dzięki pomocy Lary (nie Croft, ale też całkiem niezwykłej) przekształciła się w spotkanie z Wróżką Matematyczką:

Aż wreszcie – w niepokojącą sesję fotograficzną z dziwnym panem w roli głównej. A co tam, jak lans to lans:)

I na koniec z cyklu: Matka Natura i jej żarty: oto najprawdziwszy Syryjczyk, Hasan. Jednak nie mogę przestać się zastanawiać, jak to możliwe:

Reklamy

Nie wszystko złoto…

Wielki test z pokory: po trzech tygodniach pobytu dziś pierwszy sprawdzian dla najstarszej grupy, 13-15 latków, dziesięć osób; absolutnie podstawowe pytania o imię, wiek, skąd pochodzą, jakie znają części ciała. Czas: 20 minut.

Przez ramię zaglądam na pracę Osamy, najlepszego z uczniów, który nie dość, że w lot łapie wszystko, to rzeczywiście zapamiętuje. Jednak wyniki nie zachwyciły: czwórka naprawdę dobra, reszta: do wytężonej pracy. Wiem, że są młodzi, że prędzej będą się chcieli uczyć „życia”, niż angielskiego, ale to przecież ich przyszłość…tak, trzeba mi pokory, nie złości w takich momentach. Od jutra – kontynuujemy:)
No dobrze, ale dziś miało być o złocie. A zatem: pogrążcie się w blasku….
Bo złota tu pełno: w setkach sklepów i sklepików. Przy głównych ulicach i w zaułkach. Na palcach, uszach, szyjach, błyszczy, kusi, mami….

Złoto jest tu wyznacznikiem statusu społecznego i zamożności: jeśli widzimy rodzinę syryjskich uchodźców, na palcach których lśnią złote pierścionki – wiemy, że ich sytuacja jest lepsza, niż sąsiadów, którzy nie mają butów. Proste. Jednak uwaga: nie wszystko złoto, co się świeci….

Kiedy zacząłem poszukiwania pewnego drobiazgu dla mojej Kasi i zachwyciłem się jednym z nich, moi jordańscy znajomi uśmiechnęli się ironicznie i powiedzieli: to przecież rosyjskie złoto! Jakie? No nieprawdziwe, my tu mamy rosyjskie złoto, włoskie złoto i prawdziwe złoto – oznajmili z politowaniem kręcąc głowami nad nieroztropnością przybysza tak, wydawałoby się, cywilizowanej Europy.

Rosyjskie złoto – czyli tombak, znany tak dobrze w naszym kraju;

Włoskie złoto – czyli wyroby metalowe, co najwyżej pozłacane, zanurzane w złotej farbie – jak mi wytłumaczono;

Prawdziwe złoto: czyli prawdziwe, certyfikowane i, uwaga, tańsze niż w Polsce, o około 20-30 złotych na gramie (ok. 170 złotych za gram 24-karatowego, najwyższej próby złota). Czyli: szału nie ma, ale przy oszałamiającym wyborze jaki tu jest: naprawdę warto zerknąć do sklepów…(tak Kochanie, czynię to i ja…)

Co bardzo ciekawe, prawie w ogóle nieznane jest tu białe złoto. Popularną inwestycją są za to złote sztabki, certyfikowane w Szwajcarii. No i jeszcze jedno: mężczyźni wręcz nałogowo noszą tu sygnety, więc wybór takowych jest naprawdę przeogromny. Panowie, Święta idą, może drobiażdżek od Dam Waszych serc pod choinkę…?

Zadaj sobie jedno pytanie….

Zacznijmy od spraw naprawdę ważnych – moje reporterskie wycieczki to bowiem tylko kaprysy wolnego czasu, a istotne naprawdę jest to, że wreszcie są: książki do nauki angielskiego i innych przedmiotów. Dla każdego dzieciaka! O szczęście niepojęte….

 

 

Są sprawy fundamentalne do nauczenia!

 

Eskimoska i koleżanka też dostały swoją:)

 

Tak, radość ogromna, po obu stronach – tak dzieci jak i nauczycieli, bo teraz będzie nam łatwiej współdziałać. Niemniej – bez tablicy i pokazywania – cudów przy książce nie będzie, więc pracy nam nie zabraknie;)

 

Jeszcze w nawiązaniu do wczorajszego wpisu: dziś sytuacja w Jordanii spokojna, właściwie wygląda tak, jakby się nic nie działo, no może poza faktem, że około 150 osób jest w tymczasowo zatrzmanych, bo wzywało do obalenia monarchii. Co by było, gdyby u nas po każdej manifestacji chciano zatrzmać każdego, kto skanduje hasła: Tusku – ustąp, Kaczyński – zrezygnuj, Pawlak odejdź (o, pardon, on sam się próbuje wymiksować)? Dopiero by się działo…

 

I właściwie tyle dziś.

 

No może jeszcze jedno. Przeglądałem „stare” zdjęcia w telefonie, bo coś tam muszę podkasować i znalazłem jedno takie, które mi przypomniało, na jakiej podstawie dokonuję wyborów w życiu. Nie, żebym zapomniał totalnie, ale miło sobie siebie odświeżyć:

 

Ja wiem, że nie marnuję czasu. Miłe uczucie:)

 

 

Jacek na manifie

Szukajcie, a znajdziecie…bardzo, bardzo chcieliśmy, razem z Rafałem, zrozumieć, co dzieje się wokół nas. Czy protesty, które rozpoczęły się pięć dni temu to rzeczywiście początek jordańskiej wersji Arabskiej Wiosny? Czy kraj stanie w ogniu? Och, te wszystkie wielkie pytania, krzyczące czołówki gazet, poważne twarze w telewizji…ile w tym prawdy? Ile podkręcania emocji? Zebraliśmy się więc dziś do Ammanu, w poszukiwaniu odpowiedzi. Co znaleźliśmy?

 

 
 

 

Zaczęli 16 tygodni temu, są studentami, albo nastolatkami, głównie z Ammanu i południa kraju. Sto, może dwieście osób, kilkadziesiąt naprawdę zaangażowanych. Najpierw domagali się tego, co wściekle wykrzyczały już społeczeństwa Egiptu, Tunezji, Libii, o co walczą też Syryjczycy: demokracji. Większej wolności. Swobody. Jakiej? Od czego? Bashar, 27-latek z Maan, mówi, że od wszechwładnych służb bezpieczeństwa, od kontroli, ale im dłużej z nim rozmawiam, mam wrażenie, że chyba bardziej chcą uciec od własnej kultury, która nakłada na mieszkańców tych terenów sporo ograniczeń.

 

Trzeba im przyznać, że sa wytrwali: tydzień w tydzień gromadzili się na Al-hashemi Street, z której wyruszali w miasto, w pokojowym, jak mówią, marszu. Dziś nie ruszyli. Nie mogli.

 

 

Bo dziś, ta niewielka w sumie grupa, zaczęła się domagać tego, czego od paru dni chcą tysiące Jordańczyków: obniżki cen gazu i oleju opałowego, ukarania winnych gigantycznej korupcji i wreszcie, choć nieco po cichu – ustąpienia króla Abdullaha, który zdaje się ich rozczarował i nie jest tak „nowoczesny”, jakby oczekiwali. Z takimi hasłami, za które idzie się tu do więzienia – policja i wojsko nie przepuściło ich dalej. Co zrobili? Ech, ten Bliski Wschód. Na wezwanie Bashara…(to ten przemawiający)….

 

….na poły radosnym, na poły rozpaczliwym śpiewem i wyrażającym ich gotowość do wspólnego działania tańcem, zamanifestowali swoje niezadowolenie….

 

 

 

Nie dajcie się jednak zwieść – to mała grupa, nastawiona w sumie pokojowo, otoczona przez gigantyczny – jak na skalę manifestacji – kordon ochronny, żołnierzy i policjantów (których tak masowa obecność, wyglądała surrealistycznie), stanowi jedynie wycinek naprawdę zdesperowanego, często naprawdę wściekłego tłumu.

 

 

 

Takich młodych mężczyzn, ktorzy zarabiają od 300 do 500 JD (1200 – 2000), przy wciąż rosnących kosztach utrzymania (jednak wyższych niż w Polsce) – jest tu wielu. Dziś na ulicach protestowali też nauczyciele – kolejna kiepsko wynagradzana grupa zawodowa w Jordanii.

 

Czy oni jednak są w stanie zmienić bieg historii, obalić monarchię? Czy powstrzymają korupcję,która jest według nich wszechobecnym problemem? Czy choćby uda im się wywalczyć ten najważniejszy dziś dla postulat – czyli obniżkę podwyższonych przed chwilą cen?

 

 

 

Są pełni nadziei, ale reżim na razie trzyma się mocno i nie chce nawet słyszeć o jakichkolwiek ustępstwach na rzecz manifestantów, o realizacji ich postulatów. Obniżki cen? Nie stać na to i basta – powiedział premier. A król właśnie odwiedził w szpitalu rannych w zamieszkach żołnierzy i stanowczo potępił protesty. Co więcej – one same zdają się słabnąć. I właściwie tylko na jedno wezwanie sprawy mogłyby obrać naprawdę groźny dla reżimu obrót. Tylko bowiem religia i stojące za nią Bractwo Muzułmańskie byłoby w stanie zmobilizować prawdziwe tłumy. Czy tak się stanie? To sprawdziliśmy w najważniejszym meczecie Ammanu, Al-Husseini.

 

Jeszcze parę dni temu to właśnie tu zbierały się tłumy niezadowolonych Jordańczyków, żądających reform państwa. Dziś przed meczetem Al-Husseini było pusto. Wewnątrz jednak – po modlitwach – trwały gorączkowe narady:

 

 

 

 

Ten przemawiający mężczyzna to dr Jamal Al Ferre, A'immah, czyli imam, który pełni znacznie szerszą rolę niż tylko prowadzącego modły czy interpretora Koranu – jest też przewodnikiem po zawiłościach codziennego życia. Z jego wypowiedzi wynika, że rząd nie wywiązuje się z umowy zawartej ze społeczeństwem, które obiecał chronić, również pod względem ekonomicznym. Zdaniem imama pomoc w wysokości (w sumie) 210 JD jaką mają otrzymać najmniej zarabiający, w ciągu najbliższych trzech miesięcy – to zdecydowanie za mało. Czy to oznacza wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa? Do protestów? Islam jest religią pokoju – przypomina nam dr Al Ferre i jego współwyznawcy. Przyszłość? Niepewna i nieznana, wszystko w rękach Allaha.

 

Dziś więc trudno odpowiedzieć na pytanie, czy w jednym kraju w regionie, w którym panował dotąd względny spokój i prosperity dojdzie do przewrotu, do gwałtownej zmiany. Czołówki gazet mówiące o wielkich protestach – wydają się dziś przesadzone, ale wcale nie jest przesądzone, czy wkrótce nie zobaczymy informacji o naprawdę sporym zamieszaniu, jakie wywoła długo kumulowane niezadowolenie. Na razie – wszystko w rękach Allacha, a może raczej jego współczesnych ziemskich tłumaczy.

 

 

 

 

Co jest bezcenne?

Zachęcony pytaniami o porównie cen w Jordanii i w Polsce voila, proszę bardzo: dziś subiektywny przewodnik po liczbach.

 

2 166 złotych – tyle wynosi przeciętna płaca w Jordanii

Dla porównania: 3641 złotych to średnia płaca w Polsce we wrześniu 2012

Ok. 1200 złotych – wynagrodzenie większości Jordańczyków, oczywiście tych, którzy pracują.

1870 złotych – minimalna płaca w Biedrze (no dobra – Biedronce) wg komunikatu właścicieli firmy z kwietnia 2012

 

12,3% – poziom bezrobocia wśród Jordańczyków (www.indexmundi.com)

12,4% – poziom bezrobocia w Polsce (GUS)

Nieznany – poziom bezrobocia wśród syryjskich uchodźców, zakładam że około 80-90%, patrząc przez pryzmat rozmów z nimi samymi.

1 złoty – cena takiego oto finezyjnego pieczywa

450 złotych – średni koszt wynajmu mieszkania poza Ammanem (bez mebli, kuchenki, z toaletą zazwyczaj „na narciarza”)

700 -1000 złotych – średni koszt wynajmu umeblowanej kawalerki w Polsce

16 złotych (!!!!) – cena dużej puszki Heinekena w Jordanii (niby Muzułmanie nie piją, ale sklepów z alkoholem nie brakuje, o czym jeszcze napiszę)

8 (?) – złotych – w Polsce

 

1/3 – tyle przedsiębiorstw jest własnością państwa

147 327 – liczba wszystkich firm w Jordanii (http://hdr.undp.org/en/reports/national/arabstates/jordan/Jordan_NHDR_2011.pdf)

28 – liczba przedsiębiorstw państwowych w Polsce (plus spółki skarbu państwa około 360)

Ok. 1 600 000 – liczba prywatnych firm w Polsce

20 złotych – koszt wynajmu przebieralni (na zdjęciu) nad Morzem Martwym

Dosyć. Przecież najcenniejszy, a zarazem zupełnie darmowy jest taki uśmiech, po zakończonych zajęciach…

 

….no i kiedy Kasia mówi: wracaj draniu, tęsknię. Też za darmo, a jakie miłe;)

 

Zobaczyć morze i… umrzeć

Piątek, czas leci tu naprawdę błyskawicznie, tydzień mi mija za tygodniem, nie liczę godzin i lat heh, (no nie, przyznam się szczerze: pierwszy raz w życiu liczę lata i mnie ten mój wiek uwiera, wkurza, denerwuje, że tak dużo jeszcze do zrobienia, a czas jakby w ogóle nie zwracał na to uwagi, tylko pędzi, wcale mnie nie słucha, kiedy wrzeszczę stój!; tylko rzuca mi ten swój kpiący uśmieszek przez ramię i już jest gdzieś indziej, ciągle spóźniony).

 

Piątki to tutaj dni wolne, więc i temat na dziś nieco lżejszy, choć w Jordanii nadal protesty, nadal ludzie wściekli. Dziś łaziliśmy z Rafałem po Zarqa, wielcy reporterzy w poszukiwaniu tematu, a tak naprawdę szczeniaki szukające zaczepki, w końcu trafiliśmy pod jeden z meczetów, gdzie ewidentnie atmosfera była gorąca.

 

 

Tłum był skupiony, ale jakoś się to później nie rozlało, podobno w niedzielę ma być dopiero nerwowo, zwłaszcza w Ammanie, zobaczymy.

 

Moja Mama napisała, że ona pamięta takie gwałtowne podwyżki cen, niekonsultowane z nikim i swoją złość i bezsilność wtedy, więc cieszę się, jakkolwiek dziecinnie to zabrzmi, że nie muszę, że nie musimy my wszyscy, takich chwil dziś przeżywać, mimo wszystkich problemów z jakimi się zmagamy.

 

No dobrze, ale pisałem, że dziś będzie lżej i to prawda, bo chcę opisać swoją pierwszą dalszą wycieczkę, całe 60 kilometrów od Zarqa nad…Morze Martwe. Ooooo tak, to jest coś!

 

Zacznijmy od drogi: im bliżej wielkiej (stosunkowo) wody – tym bardziej krajobraz jest…księżycowy.

Góry, piach, piach, piach i skały. W końcu, w okolicach góry Nebo, gdzie Bóg miał pokazać Mojżeszowi Ziemię Obiecaną, po czym go uśmiercić za niewierność (lub też, jak mówi stary żart: Mojżesz miał umrzeć z wściekłości: oto bowiem przeprowadził Izraelitów przez wieeeelką pustynię, do tej wymarzonej, własnej ziemi, a tu…wieeeelka pustynia;), w każdym razie właśnie tam pojawiają się małe plantacje bananów (tu jest tak gorąco, że dobrze rosną – mówi Musa, czyli przekładając z arabskiego…Mojżesz, nasz kierowca), a potem…w słońcu..no już wiecie: migoce woda.

 

A po tym tygodniu trzeba mi było wody wielkiej 🙂

Co to jest za miejsce!!!

 

Al-Bahr al-Mayyit, morze śmierci, nazywane też Morzem Lota (to właśnie na jego dnie mają się znajdować ruiny słynnej Sodomy i Gomory), jest właściwie jeziorem, ale też i najniższym punktem na Ziemi (418 metrów pod poziomem morza) z tak cholernie słoną wodą, że naprawdę niewiele akwenów może pochwalić się podobnym (średnie zasolenie wody wynosi 28%, a w takim Morzu Bałtyckim to maksymalnie 12%).

 

O tym, co to w praktyce oznacza, za chwilę, najpierw…tadaaaa: pierwsze wrażenie. Hehehehehehe:

Oczywiście jest i wielbłąd (a nawet wiele wielbłądów, plus konie, jakby to było oczywiste, że nad morze przyjeżdża się na przejażdżki) i naganiacze i, uwaga, jest i plaża:

 
 
Nie, te namioty to nie schronienie dla uchodźców, czy bezdomnych. To przebieralnie. Naprawdę, uwierzcie mi, miałem wiele wątpliwości nim zdjąłem buty. Fakt, plaża jest publiczna, są oczywiście takie, na których nie walają się kości po kurczaku, ale…chcieliście local beach, to macie – powiedział Musa z rozbrajającym uśmiechem i miał rację.

 

 

 

Zwłaszcza, że to, co nastąpiło chwilę później: naprawdę przekracza granice wyjątkowości. Bo wlazłem, powoli, ostrożnie, wlazłem do tej CIEPŁEJ W POŁOWIE LISTOPADA wody (wiem, liczba moich prywatnych haterów właśnie dramatycznie wzrosła) i…zaległem na powierzchni….jak korek…jak dętka…kumple też…no nie no, to naprawdę niesprawiedliwe, że żyjemy w kraju, w którym jest dziś plus 8 w maksimum….

 

 

 

 

I rzeczywiście: nurkować to się tam nie da, lepiej nie próbować choćby ze względu na to, że raczej oczy mogłyby wyjść i powiedzieć kilka cierpkich słów na temat ich traktowania słoną wodą, ale za to leżeć można długo. Z pływaniem spoko, choć woda jest tak gęsta, że aż oleista. Na ciele, kiedy się z niej w końcu człek wywlecze, niechętnie, z ociąganiem, bo już za chwilę ciemno – zostaje warstwa soli i jakby tłustawa powłoczka. Przez moment ma się wrażenie, że skóra nigdy nie była tak gładka, ale trzeba biec pod prysznic, w tym miejscu dość prowizoryczny, żeby zmyć z siebie tę prowizoryczną powłokę, by nie zastygnąć jak nieszczęsna żona Lota…

A może to wcale nie byłby taki głupi pomysł?

Nie, Habibi moja na mnie czeka, remont łazienki na siebie wzięła, więc chyba by tu z młotkiem lub raczej młotem pneumatyczym przyjechała i rozbiłaby mój solny pomnik, więc taka opcja w grę nie wchodzi.

Po szybkim „prysznicu” (o, podliżę się Teściowej: ręcznik szybkoschnący zdał egzamin genialnie!), jeszcze szybka wyprawa na safari fotograficzne. I dobrze, bo zupełnie bym zapomniał o pewnym ważnym aspekcie Morza Martwego:

 

 

 

 

Te oto kupy, porzucone wcale nie beztrosko na brzegu, to nic innego jak owoc pracy zbieraczy słynnego błota z Morza Martwego. Podobno potrafi sprawić cuda, ze stulatki zrobić osiemnastkę w trzy minuty, jego niezwykłe właściwości są znane powszechnie i wysoko cenione (również w dolarach, ale tak, Kochanie, myślę jak tu zabrać kilka kilo, nie dla Ciebie oczywiście, ale żebyś mogła sprzedawać koleżankom zazdrosnym o Twoją urodę:)

 

Ech, dolce vita. Choć na chwilę…

 

 

 

 

I dopiero na koniec, kiedy mieliśmy już odjeżdżać, z całą ostrością dotarł do mojej świadomości jeszcze jeden fakt: na przeciwległym brzegu Morza Martwego jest już Izrael, kawałek dalej – Strefa Gazy. I choćby nie wiem jak piękny był tam widok, jak wspaniałe są wrażenia – to nie można jednak zapominać, że ziemia ta, zamiast „obiecana”, powinna się dziś raczej nazywać przeklęta i to dla każdej ze stron tego niekończącego się konfliktu.

Ale może kiedyś…?

 

Podróż autostradą słońca

 

 

 

 

Od Al Zarqa do granicy z Syrią jest około 40 kilometrów. Droga, która prowadzi na przejście graniczne, wygląda jak autostrada słońca: równa jak stół, asfalt odbija promienie, nawet pustynia kusi jakimś bezlitosnym spokojem, wydaje się przez chwilę, że wszystko to wygląda wręcz idyllicznie. Aż niewiarygodne, że te drogę przemierzyło już 245 000 Syryjczyków, którzy wyruszyli ze swoich domów w poszukiwaniu lepszego życia.

Tak, wydaje się to zupełnie niewarygodne, aż do czasu, kiedy skręci się z drogi na Mafraq (gdzie wpadaliśmy po Rafała, żeby zabrać go na wyprawę po okolicy, co opiszę niebawem) i na horyzoncie pojawią się namioty. Setki białych namiotów. Zdjęcie, które zamieszczam poniżej nie oddaje tego widoku, było zrobione z dużej odległości, bo bliżej nie da się podjechać bez specjalnej zgody z ministerstwa spraw wewnętrznych, ale wierzcie mi – ogrom tragedii syryjskich uchodźców, którzy mieszkają w tym prowizorycznym mieście – widmie, jest ogromny, nieporównywalny z tym, co dotąd widziałem.

 

 

Zataary Camp, bo tak nazywa sie to miejsce, wyrosło na kilkudziesięciu hektarach, daje schronienie 36 tysiącom Syryjczyków, którzy najczęściej nielegalnie przekroczyli granicę. W zamknięciu, odizolowani od świata, spędzają kolejne dni w beznadziejnym oczekiwaniu na to, że w ich życiu nastąpi jakakolwiek zmiana. Jaka? Na co naprawdę liczą? Nie wiem, spróbujmy się tego z Rafałem dowiedzieć, możliwie jak najszybciej odwiedzając miejsce, z którego pochodzi tak wielu naszych podopiecznych.

 

Znamy, już teraz, ich największą obawę. To zima. Temperatury z dnia na dzień są coraz niższe. I choć zero stopni Celsjusza, które są tu notowane w apogeum zimowej pory, nam wydają się w miarę przyzwoite, to w namiocie bez ogrzewania – sytuacja wygląda zgoła odmiennie. A na to, że ogrzewanie się pojawi właściwie trudno liczyć, tym bardziej, że ceny paliwa i gazu, jak już Wam pisałem – drastycznie wzrosły w ostatnich dniach. Spróbuję wyjaśnić krótko, co to znaczy i jakie ma konsekwencje, nie tylko dla Syryjczyków zresztą.

 

 

Gaz w Jordanii, podobnie jak w Polsce, to podstawowe paliwo służące do gotowania, jak i – dla wielu biedniejszych mieszkańców tego kraju, a więc i uchodźców – także ogrzewania. Tak to u nich dziś wygląda:

 

W wersji naprawdę podstawowej (u wielu)….

….i w wersji lepszej. Ta na zdjęciu służy 12 osobom.

Wygląda jak na biwaku albo obozie harcerskim? No cóż, taka jest tu jest rzeczywistość. Dodajmy jeszcze tylko, że bogatsi Jordańczycy – używają do ogrzewania domów nafty (kerosene). Ceny gazu wzrosły właśnie o 54%, nafty – o 28%. To oznacza, że wielu mieszkańców tych pustynnymi terenów nie będzie w stanie ogrzać swoich mieszkań, ani przyrządzić posiłków.

Nic więc dziwnego, że na ulicach widać tłumy zdesperowanych ludzi – protestujących gwałtownie przeciw podwyżkom

(więcej o tym http://www.guardian.co.uk/world/2012/nov/15/jordan-opposition-fuel-price-protest).

 

Policyjne syreny wyją teraz wyjątkowo często, a Jordania mierzy się z największymi protestami od dwóch lat: niektórzy mówią, że to może być początek kolejnej odsłony Arabskiej Wiosny na Bliskim Wschodzie. Sytuacja jest naprawdę napięta, pojawiły się pierwsze ofiary potyczek, w tym jedna śmiertelna.

 

Syryjczycy, nie tylko w Zataary, ale i Mafraq i Zarqa, czekają i jak już pisałem liczą głównie na finansową pomoc organizacji humanitarnych. Te oczywiście robią, co mogą. Nie jest zadaniem wolontariusza, takiego jak ja, rzucać się z pięściami na tych, którzy wymyślili podwyżki, ale przyznam, że trochę jestem wkurzony – bo ogłosić podwyżki jest naprawdę łatwo, ale jednak można było pomyśleć i zabezpieczyć los ludzi, których, jakby na to nie patrzeć, przyjęło się we własnym kraju i którzy nie mają szansy, z pozycji pół- więźniów zamkniętego obozu dla uchodźców, czy z zakazem podjęcia pracy, jak ci w miastach, zabezpieczyć swoich podstawowych potrzeb. Ale też czekam, wierząc, źe jednak ktoś im pomoźe.

 

Dziś słońce świeciło przez cały dzień. Jego promienie ogrzewały, pieściły nasze twarze, kiedy tak jechaliśmy austradą w kierunku Ammanu, wracając od strony syryjskiej granicy. Do naszych ciepłych łóżek, śpiworów, pod gorące prysznice. Nie, nie mam wyrzutów sumienia, że nie mieszkam wśród uchodźców, że dzielę z nimi rozpaczy namiotowego miasta. To chyba w niczym by im nie pomogło. Jednak mam świadomość, że dzień jest coraz krótszy. Że Buka – już się zbliża.