Archiwa tagu: pomoc

Trochę optymizmu, czyli Grupa Miłości

Dziś chcę jednak trochę w moje relacje tchnąć optymizmu, choć będzie to w sumie słodko – gorzka opowieść.

Zacznijmy od tego, że jest ich w sumie 18, nazywają się…Grupa Miłości i rzeczywiście – nazwa dobrze oddaje to, co robią. I nie, nie chodzi o to, co Wam przychodzi do głowy:)

Ta wspaniała osiemnastka, której trzech przedstawicieli przedstawiam powyżej, to organizacja charytatywna działająca przy kościele łacińskim w Az Zarqa. Stanowią trzon niewielkiej społeczności chrześcijańskiej, która, choć w Jordanii cieszy się i tak w miarę spokojnym życiem, to jednak jest zdecydowaną mniejszością w morzu wyznawców Islamu. Radzić sobie więc musi sama, zwłaszcza jeżeli chodzi o pomoc socjalną. I niech nikt nie myśli, że jak grupa mała, to i problemy niewielkie. Wręcz przeciwnie.

 

 

 

Ghassan pracuje w fabryce i zarabia około 250 JD, tj. 1140 złotych. Za wynajem niewielkiego mieszkania płaci 342 złote. Reszta, czyli 798 złotych musi wystraczyć na utrzymanie trzyoosbowej rodziny przez cały miesiąc. Hana, jego syn, dziś 15 letni, musiał opuścić lepszą, ale płatną szkołę chrześcijańską, dziś uczy się w państwowej, której poziom nie tylko jest niższy, ale też chcrześcijańscy uczniowie nie bardzo mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, na przykład w nauce. Państwo nie pomaga rodzinie Ghassana w niczym. Zostaje wsparcie od Grupy Miłości.

 

Nie chcę krytykować państwa jordańskiego, nie o to w tym wpisie chodzi, ale fakty są jakie są i warto je przytoczyć, żeby naszkicować nieco sytuację chrześcijan w tym kraju.

Kiedy Grupa zaczynała prace w 2002 roku, obejmowała pomocą humanitarną 13 rodzin – przede wszystkim tych, którzy borykają się z problemami finansowymi, a mówiąc bardziej dosadnie: nie mają pieniędzy, żeby przeżyć od pierwszego do pierwszego. Dziś tych rodzin jest już 85.

 

Każda z nich, raz w miesiącu otrzymuje prawdziwie miłosną przesyłkę: bo jedzenie to wszak życie, czy może być więc lepszy dar? Makaron, ryż, cukier, sardynki, serki topione, herbata, mleko w proszku, olej, 30 jajek i 1 kurczak – to wsparcie na miarę przetrwania dla, przypomnę, 85 rodzin, czyli jakiś 340 osób.

 

 

Przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego około 40 dzieciaków dostaje też kompletne wysposażenie szkolne, od tornistrów począwszy.

 

Co miesiąc na przygotowanie takich paczek Grupa wydaje ok. 13 800 złotych – sporo, jeśli wziąć pod uwagę, że społeczność jest mała, liczy najwyżej 1800 osób. Jak sobie radzą? Jak mogą – szukają pieniędzy od sponosrów, organizują zbiórki w kościele, produkują i sprzedają oliwę, wino, czekoladę, a nawet urządzają bingo, z którego dochód w całości przeznaczony jest na kupowanie produktów do paczek. Imponujący jest fakt, że wszystko to spoczywa na barkach 18 osób, które normalnie pracują i wykonują tę działałność całkowicie charytatywnie; swoją drogą wyobrażam sobie, co przeżywają miesiąc w miesiąc, kiedy pojawia się pytanie: skąd wziąć pieniądze? Jakoś trudno im sbie wyobrazić (mi też), że ich nie będzie, że ktoś głodny odejdzie z kwitkiem. Oczywiście nie obrażą się na wsparcie z Polski, jeśli ktoś chętny: służę kontaktem.

 

Piszę też dzisiaj o tych ludziach, bo to kolejny przykład na pozytywy płynące z wolontariatu: cały czas spotykam takich pozytywnie zakręconych szaleńców, którzy dają mi poczucie, że na świecie wcale nie jest tak źle, że bez względu na wyznanie, kolor skóry, poglądy polityczne – ludzie chcą pomagać, wyciągać rękę, do maluczkich naszej rzeczywistości. Bardzo potrzebowałem też takiego wpisu dla siebie, żeby trochę ulżyć ciężarówi, który gdzieś mi tam w środku zaległ, po wizycie w Zataary Camp.

 

Co ważne: wiem, że wielu z Was też pomaga. Różnie, a to wpłacając gdzieś kasę, a to podejmując przeróżne akcje na rzecz tych, którzy w życiu radzą sobie gorzej, którym „nie wyszło”. I to jest fantastyczne! A ci, którzy jeszcze nie próbowali? Spróbują. I wpadną, bo pomaganie jest jak wirus, który na szczęście rozprzestrzenia się szybko i bez większych ograniczeń.

 

Piątek mój ostatni dzień w Jordanii, może też dlatego staram się wyciągać jakieś optymistyczne wnioski. Jakie – o tym napiszę wszelako jutro. Dobranoc/dzień dobry:)

 

 

Wujcio wariatuńcio i inne sprawy

Ok, dziś będą właściwie tylko zdjęcia. Wczoraj dopinałem pewien projekt zawodowy (tak, tak, XXI wiek, wszędzie Sieć, a więc i możliwość pracy) i…się nie wyrobiłem. Spieszę więc przekazać wieści:

W Caritasie znów szaleństwo kolejek: codziennie rejestrują sie dziesiątki nowych uchodźców. Podobno na granicy koczują ich setki, jeśli nie tysiące. Exodus trwa.

Zmieniła się nieco forma udzielanej pomocy: na razie nie ma kocy i innych zestawów, pojawiły się za to – od dawna postulowane – kupony: 2x 30 JD (ok. 120 zł) na ubrania i buty oraz jednorazowy za 40 JD na jedzenie. Teraz Syryjczycy sami mogą zdecydować, na co chcą wydać swoje pieniądze, co na pewno przywraca choć częściową normalność w ich życiu.

A w szkole…szlaństwo. Bo była Jacka lekcja o Spidermanie:

Która, szczęśliwie, dzięki pomocy Lary (nie Croft, ale też całkiem niezwykłej) przekształciła się w spotkanie z Wróżką Matematyczką:

Aż wreszcie – w niepokojącą sesję fotograficzną z dziwnym panem w roli głównej. A co tam, jak lans to lans:)

I na koniec z cyklu: Matka Natura i jej żarty: oto najprawdziwszy Syryjczyk, Hasan. Jednak nie mogę przestać się zastanawiać, jak to możliwe: