Archiwa tagu: uchodzcy

Raport z Miasta Smutku

 

Zataary Camp, miasto smutku, poraża. Wielowymiarowo.

 

 

 

 

Po pierwsze liczbami: niezliczone kilometry drutów, które otaczają 60 hektarów pustyni i kilkanaście tysięcy namiotów, zamieszkiwanych przez ponad 30 tysięcy syryjskich uchodźców. Połowa z nich – to dzieci, najbardziej niewinne ofiary konfliktów pod każdą szerokością geograficzną.

 
 
 

 

Po drugie: frustracją. Jest olbrzymia. Uciekinierzy są bowiem trochę w pułapce. Obóz stwarza im warunki do pozostania przy życiu, do schronienia bez bomb i strzałów, ale to właściwie jest wegetacja. Syryjczycy nie mogą opuszczać terenu Zataary Camp. Żeby to zrobić – potrzebują pozwolenia od administratorów tego miejsca, ale uzyskanie takowego jest właściwie niemożliwe. Nie mogą pracować. Nie mogą pójść na spacer dalej niż płotu okalającego znaczną część obozu. Tam, gdzie go nie ma – są żołnierze, uzbrojeni po zęby, z rozkazem zatrzymania każdego kto chce wejść lub wyjść na teren obozu. No, chyba że ktoś chce wrócić do Syrii – wtedy proszę bardzo, tylko do czego tu wracać?

 

Obozowe życie koncentruje się wokół głównej ulicy, na której panuje niesamowite zamieszanie. Przy jej poboczach: handel. Warzywami, owocami, mięsem, ubraniami, butlami gazowymi, papierosami. Jest i fryzjer. Towary dostarczają Jordańczycy, sprzedają Syryjczycy. Ceny nawet nie są bardzo wygórowane, choć oczywiście wyższe od tych na zewnątrz. To i tak nie ma znaczenia. Kupujących jest niewielu, zainteresowanie towarami – głównie tymi podstawowymi, przecież nikt tu nie zarabia, nikt nie ma dostępu do żywej gotówki, poza oczywiście skromnymi oszczędnościami, które kończą się zazwyczaj po kilku miesiącach od przyjazdu.

 

 
 

Ci, którzy nie mają już żadnych pieniędzy zdani są wyłącznie na pomoc kilkunastu organizacji charytatywnych działających w obozie. Oczywiście: trzeba doceniać fakt, że są ludzie gotowi nieść pomoc, że świat i władze Jordanii nie zostawiły Syryjczyków samymi sobie – i to musi być jasno powiedziane. Są trzy szpitale polowe (marokański, francuski i jordański), siedem placówek do nauki, głównie zajęcia z edukacji nieformalnej, punkty wydawania tej podstawowej pomocy: koców, materacy, baniaków do noszenia wody, żywności, ubrań.

 

Syryjscy uchodźcy całymi dniami czekają na pomoc pod namiotami organizacji wydających pomoc humanitarną.
 

Wejście do polowego szpitala założenego przez Markoańczyków.

Kuchnia obozowa. Takich pomieszczeń jest kilkadziesiąt, po jednym na około 100 namiotów.

 

Punkt poboru wody do gotowania i mycia. Jeśli przyjrzycie sie uważnie – w lewym rogu zobaczycie opancerzony samochód, jeden z patroli pilnujących, żeby nikt nie opuścił obozu.

 

Jednak warto też zauważyć, że wszyscy niemal mieszkańcy obozu skarżą się, że pomoc jest niewystarczająca, że zwłaszcza teraz, przed zimią, nie bardzo wyobrażają sobie jak mają przetrwać w namiotach, kiedy jedynym źródłem ogrzewania jest tam maleńki piecyk elektryczny (niebezpieczne!) i po jednym kocu na osobę? Kilka razy wybuchały więc w Zataary Camp zamieszki, zdesperowani ludzie żądali wolności lub przynajmniej polepszenia warunków życia. Zdarzają się ucieczki – niedawno wybuchła afera, kiedy okazało się, że niektórzy pracownicy obozu, za oszałamiającą dla Syryjczyków kwotę 500 JD (ponad 2000 złotych) wywozili z obozu niektórych uchidźców. Na razie rozpoczęła się podobno budowa kontenerów, do których mają się przenieść uchodźcy, ale zaznaczam, że żadnych takowych nie widziałem. Jest natomiast morze namiotów, upiorny biwak na pustyni.

 

 

 

 

Trzecia rzecz, która naprawdę poraża w obozie to ludzkie historie. Prawie każdy spotkany tu człowiek wyrzuca z siebie gorączkowo opowieści, które jeżą włos na głowie.

Alie Hejiasi, z Tafas, wioski położonej kilkanaście kilometrów na północ od Daara pokazuje nam swoją ranę: kula wystrzelona przez żołnierzy reżimu weszła mu przez plecy, wyszła – z przodu, kilka centymetrów nad sercem. Twierdzi, że potrzebuje zewnętrznej pomocy medycznej, ale na razie nikt nie chce go wypuścić z obozu.

 

Najiya, choć imię po arabsku oznacza „bezpieczna”, bezpieczeństwa wcale nie czuje. Wręcz przeciwnie: niepełnosprawna kobieta cudem przedostała się przez granicę, a teraz „nie ma nic, a cokolwiek się dzieje dobrego w jej życiu, to jedynie za sprawą Allaha, a nie ludzi”.

Dom Abrahima został zrównany z ziemią. Pytam go, czy chce wrócić do Syrii? Po co? Do czego? odpowiada mi pytaniem. On i jego rodziną liczą na łaskawość króla Jordanii Abdullaha. W obozie od 3 miesięcy.

 

Przyjaciele Sama, jak o sobie mówi, ginęli na jego oczach. Uciekł z Daraa kilkanaście dni temu, już chce wracać, bo, „woli zatańczyć ze śmiercią niż wegetować w obozie zimą, w namiocie”. Nie wie jednak, czy jego dom jeszcze istnieje, nie jest też pewien, czy po przekroczeniu granicy nie zostanie zatrzymany i wtrącony do więzienia. Do tych zapowiedzi należy się więc odnieść z dystansem, wydaje się, że Sam podzieli los wielu uchodźców i zostanie w obozie, czekając na lepsze jutro.

 

Jak sobie je wyobrażają? Oczywiście: bez Bashera Al- Assada i jego ludzi. Tu niemal każdy nosi czapkę, bransoletkę, pierścionek, chustę z emblematami Wolnej Syrii.

 

 

 

 

Flagę poniżej wypatrzyłem wśród namiotów niedawno przybyłych uchodźców. Do swojego namiotu przymocował ją Nauras, a napis na niej głosi: Wolny Człowiek. Zastanawiam się wciąż jaka jest ta jego wolność i dokąd go zaprowadzi?

 

 

Nauras, Wolny Człowiek ?

 

Ci, którzy w obozie są najdłużej nie wierzą już, że jeszcze zobaczą swój kraj. Jak powiedziała mi pewna starsza kobieta – „ale i tak popieram rebeliantów. Nie dla siebie. Dla wnuka. Może on będzie wreszcie żył w normalnym kraju?”

 

 

Może? A może zostanie w Jordanii na zawsze? Nie wiem, tak jak zupełnie nie wiedziałem jak odpowiadać na padające wciąż pytanie: jak możecie nam pomóc? Być może poprzez nagłaśnianie tego typu historii, opowieści z miejsc takich jak Zataary, gdzie jak w soczewki skupia się ogrom nieszczęścia, które niesie ze sobą konflikt (jakikolwiek zresztą), ktoś kiedyś zawaha się przed naciśnięciem spustu, wydawaniem decyzji o niszczeniu swojego kraju? Naiwne? Znów: może.

 

Smutek wojny domowej w Syrii osiadł na Zataary jak niewidzialna zasłona. Przenika wszystko i wszystkich. Wszystko tu jest pozorne: spokój, życie, zakupy, zabawy dzieci, jedzenie – wszystko umowne, jakby nieprawdziwe, zawieszone między światami. Tym za granicą, w Syrii, gdzie jest/był dom, tym za siatką obozu, gdzie świat żyje swoimi sprawami i tym wewnętrznym, gdzie każdy chciałby płakać i krzyczeć z wściekłości, ale nie robi tego, bo ból i łzy już na nikim nie robią tu wrażenia. Mieszkańcy Zataary Camp czekają, w tym między-czasie, choć chyba już sami nie wiedzą na co. A któż może to wiedzieć, kiedy żyje się w mieście smutku?

 

 

 

Niewidzialni, dotknięci

Słyszeliście kiedyś o dalitach? To tzw. „nietykalni”, wyrzuceni poza nawias społeczeństwa hinduskiego, bazujący na jego marginesie, podejmujący się najgorszych, „nieczystych” prac, takich jak zabijanie szczurów, czy patorszenie zwierząt. Co prawda ojciec współcznych Indii zwał ich „dziećmi Boga” i zakazywał ich dyskryminacji, a konstytucja Indii w 1950 roku doprawadziła do formalnego równouprawnienia wszystkich obywateli, to do dziś dalici koczują na obrzeżach tego wielkiego, nie tylko liczebnie, narodu.

Dlaczego o tym piszę? Bo dziś, nieco podobnie, przedstawia się sytuacja syryjskich uchodźców. Choć oczywiście nie jest tak, że są „nietykalni”, społeczeństwo, sąsiedzi ich przynajmniej tolerują, to już niewidzialni – są znacznie częściej. Taki los spotyka na przykład większość uciekinierów z obozu dla uchodźców Zataari Camp, o którym już tu pisałem.

Wczoraj wyruszyliśmy – z drużyną herosów – detektywów z Caritasu, o których już zresztą pisałem, trochę poza Az Zarqa, żeby poszukać syryjskich uchodźców, którzy są właśnie niewidzialni. Uciekli z kraju, często przez zieloną granicę, uciekli z obozu w Zaatari lub innego, gdzie warunki do życia są naprawdę beznadziejne, wierząc we własne siły i umiejętności.

Najczęściej – przeliczyli się.

Kobieta, której odbicie w lustrze widać powyżej – pokazuje nam właśnie piekło, w którym przyszło żyć jej rodzinie po ucieczce z Zataari.

Łazienka….

…i kuchnia….

….i całkiem własne karaluchy…..

A wszystko to za niewygórowaną cenę 250 złotych plus opłaty (karaluchy w gratisie; swoją drogą ludzie naprawdę nie mają wstydu, żeby coś takiego „wynajmować”, tak naprawdę żerując na beznadziejnej sytuacji innych).

To po co uciekali – pytam się po raz wtóry?

Ta rodzina twierdzi, że nie mieli nic do stracenia, ale okazało się, że i owszem – na przykład tożsamość. Kto bowiem ucieknie bez dokumentów, a te przechowywane są często przez administrację obozów, albo zaginęły podczas chaotycznej ucieczki, nie ma właściwie szans na jakąkolwiek pomoc. Bo ta udzielana jest tylko tym, którzy mogą się oficjalnie zarejestrować, a oficjalnie – to z dokumentem.

Powrót do Syrii? Do czego? Na razie przynajmniej nie mają po co wracać, w ich mieście trwają walki, ich dom zburzyły czołgi.

Podobnie jak dom tej rodziny, kolejnej, która właściwie nie otrzymuje żadnej pomocy i utrzymuje się z jakieś chwytanej łapczywie i rzadko pracy, której nikt inny nie chce wykonywać. Dzieci całe dnie spędzają w domu, bo do szkoły z programem pomocy dla uchodźców jest za daleko, za inne – trzeba płacić. Dla państwa są niewidzialni – na szczęści mają szansę na „dotknięcie” pomocą Caritasu.

Nigdy o tym nie pisałem, bo wydawało mi się to oczywiste, kogo obwiniają za swoją sytuację.

Jednak ten rysunek w jednym z domów jakoś mną wstrząsnął, może dlatego, że malowany ręką dziecka? Na górze flaga wolnej Syrii, na dole – wizerunek prezydenta Bashera Al-Assada.

I tak od domu, do domu, karaluchy, grzyb, pustka w oczach. Niewidzialni są w naprawdę fatalnej sytuacji, bo żyją bez perspektyw. Z deszczu pod rynnę, z nikąd do nikąd, z pustego w próżne i tak można by wyliczać w nieskończoność. Widziałem wiele ludzkiego cierpienia w życiu, ale sytuacja, w której ludzie pozbawieni są nadziei – zawsze wydawała mi się najgorsza.

Pracownicy Caritasu i wolontariusze muszą mieć tę nadzieję niejako w ich zastępstwie. Nie twierdzę, że po takiej wizycie, uchodźcy wyrywają się ze swojego letargu, ale liczę, że choć w niektórych zapali się małe światełko, że taki „dobry dotyk” uświadomi im, że jednak żyć muszą, więc pora wyruszyć w dalszą drogę, gdziekolwiek ona prowadzi.

Nasza droga tego dnia też prosta nie była. I to nawet nie tyle z powodu ciężaru historii, który spoczął na naszych wątłych jednak barkach, ale znacznie bardziej prozaicznego….

Wysłużone auto jednego z pracowników Caritasu po prostu nie wytrzymało…padło, zdechło, koniec. Cóż, w oczekiwaniu (długim, bo według arabskiego czasu) na pomoc, nie pozostało nam nic innego, jak się pośmiać z samych siebie no i – w obliczu niedoległego już terminu mojego wyjazdu – podziękować sobie za współpracę, a ta naprawdę będzie dla mnie niezapomniana ;))) dziękuję Team A!

Ps. Jeszcze jedno – ale bardzo ważne: dziś są urodziny mojej Mamy, która zawsze była i jest dla mnie inspiracją do podejmowania różnych ważnych decyzji w moim życiu. Podobnie jak teraz jest nią Kasia, która dziś obchodzi imieniny, więc obu moim wspaniałym Dziewczynom: wszystkiego najlepszego! I shukran, dziękuję;)